wtorek, 22 grudnia 2009

500 najciekawszych komiksów?

To była ostatnia księgarnia, którą udało mi się odwiedzić tamtego dnia (a kilka ich było…). Cierpliwość mojej wybranki zbliżała się do granic wytrzymałości. Charakterystyczny grymas na twarzy, nerwowe tupanie nogą i zgryźliwe uwagi, jasno dawały do zrozumienia, że mój czas (i fundusze!) się kończą. Jak długo można przeglądać komiksy?! Dorosły facet… pożal się Boże. Z kim ja się związałam… Wiedziałem, że jeśli szybko nie dokonam wyboru, to rozpęta się burza stulecia, co tam burza, prawdziwy huragan! W ostatniej chwili mój wzrok padł na grube tomiszcze zatytułowane: „5oo essential graphic novels”. Generalnie nie przepadam za publikacjami w typie: „1001 scen filmowych, podczas których krew zaczyna szybciej krążyć”, albo „99 i pół książki, które musisz przeczytać, żeby zabłysnąć w towarzystwie”. Zazwyczaj są subiektywne, spłycają zagadnienie, stwarzając wrażenie, że kulturę można zdefiniować miarą rankingów i tabelek. Tym razem dałem się jednak skusić. Sprawa dotyczyła komiksu. Mimo, że mam pewne rozeznanie w historii medium, to brak specjalistycznych publikacji na ten temat, nie wspominając o latach wydawniczych zaniedbań na polskim rynku, doprowadziły do powstania czarnej dziury w mojej komiksowej edukacji. Bez zastanowienia sięgnąłem, więc po publikację wydawnictwa Ilex Press, aby uzupełnić wspomniane braki. Szybko przekartkowałem książkę i „cegła” wylądowała na dnie koszyka. Uff, posępne chmury, zwiastujące gradobicie, rozpierzchły się, a na ich miejsce pojawił się słoneczny uśmiech – byłem uratowany.



Książka autorstwa Gene`a Kannenberga Juniora liczy sobie ponad 500 stron i opisuje warte przeczytania komiksy - nie jak sugeruje nazwa powieści graficzne (dla mnie osobiście to sztuczny podział, ale skoro autor zdecydował się już na taką terminologię, to powinien być jej wierny). Chociaż zdecydowaną większość omawianych pozycji stanowią faktycznie graphic novel, to w książce znajdziemy również sporo albumów reprezentujących popularne serie lub zbiorcze wydania najciekawszych pasków komiksowych. Treść publikacji, nie do końca pokrywa się, więc z jej tytułem. Autor rekomendując czytelnikowi jakąś serię, bo na nią, a nie pojedynczy epizod chce tak na prawdę zwrócić uwagę, musi dokonać selekcji i wybrać jeden odcinek. Taka formuła spłyca wartość poznawczą opisywanego tytułu, powoduje rozbieżność pomiędzy faktycznymi przemyśleniami autora o danym cyklu, a uwagami wygłaszanymi na temat pojedynczego odcinka. Wybór najlepszego albumu z serii, niejednokrotnie zaskakuje - szczególnie tych czytelników, którzy znają dany komiks.

Odnoszę wrażenie, że wybierając tytuł, autor wpadł we własne sidła. Prawdopodobnie wyszedł z założenia, że nazwa „graphic novel” budzi pozytywne skojarzenia, wskazuje na artystyczne konotacje publikacji, tymczasem „comics” może być łączony z mniej poważną literaturą - co ni jak ma się przecież do prawdziwości owej supozycji. Dla spójności publikacji lepszym wyjściem byłoby skupienie się na komiksach w szerszym kontekście (nie segregowanie ich na graphic novel i komiks odcinkowy), albo dokonanie selekcji tytułów, wyłącznie pod kątem publikacji, mających faktycznie format „książkowy”.

No dobrze, ale co znajdziemy w środku? Czy warto zapoznać się z omawianą publikacją? Pomimo wad, na pewno tak.

Komiksy uporządkowano według gatunków, które posłużyły za tytuły dziesięciu rozdziałów (podaję w oryginale): Adventure, non-fiction, crime & mystery, fantasty, general fiction, horror, humor, science-fiction, superheroes i war. Każdy rozdział poprzedzony jest kilkustronicowym esejem, który opisuje pokrótce założenia gatunku i jego rozwój. Do pełnego wachlarza gatunków brakuje chyba tylko komiksu erotycznego. Chociaż nie wyodrębniono również działów poświęconych komiksom sensacyjnym, historycznym czy biografii, to tego typu opowieści możemy znaleźć wśród innych rozdziałów.

Książka jest oczywiście bogato ilustrowana. Oprócz okładki recenzowanego tytułu, znajdziemy również przykładowe plansze dające wyobrażenie o stylu, w jakim komiks jest stworzony. Każdemu z tytułów przyporządkowano kategorię wiekową, oznaczoną innym kolorem. Liczba gwiazdek - od jednej do pięciu - wskazuje ocenę komiksu. Do każdej publikacji dołączono wskazówki, które odsyłają czytelnika do dalszych części serii, lub do opowieści podejmujących podobną problematykę. Za datę wydania przyjęto ostatnią publikację na rynku angielskim, a nie oryginalną datę publikacji. Dla czytelników mniej rozeznanych w historii gatunku, tego typu terminologia, może być trochę myląca i sprawiać wrażenie, że opisywany komiks jest w miarę nową publikacją – nie zawsze jest to jasno sprecyzowane w tekście.

Warstwa tekstowa publikacji, choć niezbyt rozbudowana, jest dość interesująca i w większości przypadków, skutecznie podsyca zainteresowanie danym komiksem. Podzielona jest na dwie części. W pierwszej, autor pokrótce opisuje fabułę komiksu, w drugiej, recenzuje publikację, uzasadniając, dlaczego warto się z nią zapoznać. Na końcu książki załączono cztery rodzaje indeksów, które pozwalają wyszukiwać komiksy według: artystów, scenarzystów, tytułów i zalecanego wieku czytelnika.

Przekrój komiksów opisanych w publikacji jest dość kompleksowy, każdy znajdzie coś dla siebie. Książkę można polecić zarówno osobom dopiero rozpoczynającym przygodę z komiksem, jak i starym wyjadaczom. Ci pierwsi (bez względu na subiektywny dobór albumów przez autora) przekonają się, że komiks to pełnowartościowy element dzisiejszej kultury, który ma do zaoferowania czytelnikowi znacznie więcej niż tylko opowiastki o superbohaterach. Ci drudzy, poszerzą swoje horyzonty, zapoznają się z tytułami, które nie zostały wydane jeszcze w naszym kraju, a na które warto czekać. Publikacja okaże się pożyteczna dla każdego, kto interesuje się szeroko pojętą popkluturą. To na pewno plus książki. Minusem jest dobór tytułów, które znalazły się w zestawieniu - decydowała nie tylko wartość artystyczna komiksu, ale również jego dostępność w języku angielskim (tak przynajmniej tłumaczy autor brak pewnych artystów w zestawieniu). Powoduje to, nadmiar komiksu anglojęzycznego (na szczęście tego najwyższej próby, który na naszym rynku przez długi okres był pomijany na rzecz komiksów o superbohaterach), oraz mangi, która jest bardzo popularna i łatwo dostępna w krajach anglosaskich. Komiks europejski znajduje się w mniejszości. W książce odnajdziemy opis jedynie najpopularniejszych tytułów, np. „Tintin”, „Asterix” czy „Lucky Luke”. Brak chociażby jednego komiksu autorstwa, takich mistrzów jak: Moebius, Andreas czy Bilal. Okazuje się więc, że pod tym względem - o dziwo - nasz rodzimy rynek wcale nie prezentuje się najgorzej, w wielu przypadkach wręcz wyprzedza ten anglojęzyczny.

Wypada wspomnieć również o polskich artystach. „Nasz” wkład, w publikację 500 najlepszych powieści graficznych, to jeden (sic!) komiks - „Gwiezdne dziecko” Rosińskiego i Van Hamme`a. I chociaż umieszczenie „Thorgala” na tej liście cieszy, to fakt pominięcia „Szninkla”, który do tego typu publikacji znacznie bardziej by pasował, daje wiele do myślenia.

Pomimo, że autor uzasadnia w przedmowie, dlaczego w książce nie znalazło się miejsce dla niektórych europejskich artystów, to nie do końca mogę zrozumieć jego argumentację. Jak wyjaśnić na przykład, brak w zestawieniu, wydawanego od 1999r. przez Dark Horse „Dylan`a Dog`a”, autorstwa Tiziano Sclavi`ego. Ten komiks z pewnością zasługuje na to żeby znaleźć się w „top 500”. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że ulubiony komiks Umberto Eco, został zwyczajnie zapomniany przez autora. Moim zdaniem to świadomy wybór. W jaki sposób Kannenberg zamierza zainteresować anglojęzycznych czytelników komiksem artystycznym, skoro obiera drogę na skróty i prezentuje jedynie to, co w języku angielskim zostało rzekomo wydane? Jak przeciętny czytelnik z Anglii czy Stanów, ma poznać komiksy europejskie, skoro zapominają o nich nie tylko tamtejsi wydawcy, ale i publikacje, których celem jest ich popularyzacja? Takie podejście daje pewne wyobrażenie o nastawieniu Anglosasów do kultury nie anglojęzycznej.

Mimo pewnych mankamentów, polecam „500 essential graphic novels” każdemu, kto interesuje się popkulturą i szuka w komiksie wartościowych treści. Dobrze gdyby tego typu pozycja ukazała się na naszym rynku, bo chociaż czarnych dziur wydawniczych, powoli, bo powoli, jest coraz mniej, to procent wydanych w naszym języku publikacji opisujących komiks, jako sztukę i ważną dziedzinę kultury, jest jak na lekarstwo.

Na koniec chciałbym jeszcze nadmienić kilka słów, o wydawnictwie, które opublikowało „500 essential graphic novel”. Ilex Press, to firma o ciekawym profilu wydawniczym, specjalizuje się w publikacjach z szeroko pojętej popkultury. Oprócz komiksów, w katalogu firmy znajdziemy również, publikacje dotyczące gier komputerowych, grafiki, fotografii, video i animacji, czyli tego, co tygrysy lubią najbardziej. Dla mnie bomba. Pełną ofertę wydawnictwa znajdziecie tutaj: www.ilex-press.com

niedziela, 27 września 2009

This modern world

Ani się człowiek nie obejrzał a od ostatniego wpisu minęły trzy miesiące… Wakacje, praca, góry, rower, nowe perspektywy, nowe szanse na wymarzoną pracę… A blog stoi w miejscu. Jeszcze ktoś pomyśli, że przestałem się udzielać! Dementuję - wciąż mam chrapkę na dmuchanie komiksowych baloników!

Wśród wielu kapel z tamtych lat (początek dziewięćdziesiątych), ta zajmowała szczególne miejsce na mojej liście – Pearl Jam. Co prawda ostatnie płyty, to już nie ten klimat - zalatują country, jakoś mniej na nich energii; ulegając naciskom małżonki zdarzyło mi się nawet przemienić jedną z ich koszulek na ścierkę do podłogi - mimo to, zawsze oczekuję na ich albumy z niecierpliwością. Tym bardziej, że w czasach „empetrójkowej masakry beznadziejną muzą” trudno o wartościowe nagrania.

Właśnie wyszedł ich nowy album, zresztą całkiem przyzwoity - „Backspacer”. Miałem przeczucie, że go polubię, zanim jeszcze usłyszałem muzykę. Zadecydowała okładka. Co za motyw na koszulkę! (Moim zdecydowanym faworytem jest „kosmiczny perkusista).



Wyczułem komiksiarza na milę. Pan nazywa się Dan Perkins, a tworzy pod pseudonimem Tom Tomorrow. Satyryczny komentarz amerykańskiej sceny politycznej jego autorstwa znajdziecie pod tym adresem: this modern world oraz w kilku pismach wychodzących w Stanach i Kanadzie.

Muzyków PJ i Toma Tomorrow, łączy przyjaźń oraz wspólnota poglądów politycznych - delikatnie mówiąc, obydwie strony nie przepadają za byłym prezydentem rodem z Texasu. Możliwość współpracy przy nowym albumie PJ to swego rodzaju pomoc, jaką muzycy zaoferowali koledze artyście – ze względu na światowy kryzys istniało prawdopodobieństwo, że gazety zrezygnują z wydawania komiksu na swoich stronach.

Sam odkryłem komiks dopiero niedawno, w momencie zapoznania się z albumem Pearl Jam`u, jednak wydaje mi się, że w kategorii satyry politycznej to pozycja warta polecenia.

Współpraca z Tomem Tomorrow to nie pierwsza styczność muzyków ze światem komiksów. W 1998 roku zespół wysłał w medialną przestrzeń teledysk do piosenki „Do the evolution”, zrealizowany przez Todda McFarlane`a. Dla grupy, która od kilku lat nie tworzyła wówczas teledysków, był to dość odważny krok. Zamiast wizerunków muzyków, fani otrzymali animację ukazującą ewolucję naszego gatunku i wizję mrocznej przyszłości. Dla mnie teledysk McFarlane`a to perełka! (ach, ta kreska… od razu przypomina mi się stary dobry Spawn). „Do the evolution” to świetny przykład, jak profesjonalna animacja, okraszona dobrą muzyką, może opowiadać o istotnych tematach. Pozwolę sobie w tym miejscu przypomnieć teledysk, a nuż ktoś go wówczas przeoczył. Dobrej animacji (i muzyki) nigdy za mało:




Współpraca z Tomem Tomorrow nie zaowocowała (na razie) teledyskiem na miarę „Do the evolution”. A szkoda, bo rysownik całkiem nieźle radzi sobie w animowanej formie. Na dowód wrzucam animację jego autorstwa. Temat, chociaż dotyczy naszych przyjaciół zza wielkiej wody, aktualny jest również dla nas – służba zdrowia.

wtorek, 23 czerwca 2009

Kajko i Kokosz - analiza bajkoznawcza

Dziś naprawdę dłuugi tekst, wyłącznie dla komiksowych twardzieli. Artykuł ukazał się w ostatnim numerze "Zeszytów Komiksowych" poświęconych Januszowi Christa. Zapraszam do lektury wszystkich, którzy chcą odświeżyć swoje wspomnienia na temat jednej z najpopularniejszych polskich serii - "Kajka i Kokosza".

Są na sali osoby które nie znają tego komiksu?

Komiks utożsamiany jest często z powiewającymi na wietrze pelerynami superbohaterów albo z zabawnymi postaciami przewracającymi się na skórce od banana. W niektórych środowiskach komiks uchodzi za synonim kiczu, schematyczności i naiwności. Czytać komiksy oznacza tyle, co być dziecinnym. „Czytasz komiksy? Nie rozśmieszaj mnie. Przecież to takie bajki!” Czy rzeczywiście? Czasami tak, czasami nie. To zależy od wielu czynników – jakości fabuły, rysunków, dialogów, warsztatu autora, podejmowanej problematyki. Umówmy się, nie każdy komiks musi być od razu dziełem sztuki, poruszać egzystencjalne tematy i skłaniać do refleksji. Rozrywka też jest potrzebna, takie komiksy też muszą powstawać. Bez Yellow Kida nie powstałby Superman, a bez Człowieka ze stali nie byłoby Mausa.

Jedno trzeba krytykującym komiksy przyznać – bajkowość i komizm stanowią częsty element komiksowych fabuł. Od terminu komizm pochodzi przecież anglojęzyczna nazwa obrazkowych historyjek, która przyjęła się również na gruncie polskim. Istnieje jednak spora grupa komiksów stanowiących wciągającą lekturę, mimo, że ich autorzy czerpali bogato ze schematycznych historyjek o bójkach i pościgach, wystarczy wymienić Crazy Kata czy Asteriksa; a wśród bajkowych fabuł – Little Nemo In Slumberland czy popularne w ostatnim czasie Baśnie. Na polskim podwórku taką serią jest Kajko i Kokosz, umiejętnie łączący bajkową fabułę z humorem.

WŁADIMIR PROPP

Rosyjski literaturoznawca Władimir Propp dokonał analizy ponad stu bajek z kręgu folkloru rosyjskiego. Udowodnił, że każda opiera się na podobnych, powtarzających się motywach (wyodrębnił 31 takich elementów (Morfologia bajki i Nie tylko bajka)). Ponadto zauważył, że w bajkowych fabułach występuje wyłącznie siedem typów postaci. Wspominam o tym, ponieważ niektóre z tych motywów odnajdziemy również w komiksach o prasłowiańskich wojach. Zdarza się, że są one wiernie odwzorowane, w większości jednak przypadków autor komiksu dowcipnie je przetworzył. Spróbujmy wyodrębnić te najbardziej oczywiste.

Akcja tradycyjnych bajek ludowych dzieje się poza czasem i przestrzenią, „za siedmioma górami, za siedmioma morzami”, „w pewnym królestwie”. Nie inaczej jest w albumach Christy. Komiks rozpoczyna się zwykle od wprowadzenia narratora, który umiejscawia akcje w Mirmiłowie (w bajkach akcja dzieje się zazwyczaj w królestwie). Gród bohaterów znajduje się w krainie Słowian w bliżej nieokreślonym czasie historycznym. W mojej opinii wszelkie próby umiejscowienia akcji komiksu w czasie mijają się z celem, chociaż, jak dowodzi publikacja Arkadiusza Florka, możliwe są próby precyzujące ramy czasowe serii (13-17). Istotną cechą świata bajkowego jest bowiem nierzeczywistość opisywanych zdarzeń i taką właśnie fabułę chciał chyba wykreować autor Kajka i Kokosza. Mogą o tym świadczyć chociażby poprawki fabularne, jakie Christa wprowadził do serii po jej przeniesieniu z łamów gazety do albumów (Christa).

BOHATEROWIE

W bajkach badanych przez Proppa, po wskazaniu miejsca akcji narrator przedstawia bohatera opowieści – pierwszy typ bohatera wyodrębniony przez badacza. (Wszystkie następne fragmenty, którym brak odniesienia do bibliografii, są cytatami lub terminami (czcionka pochyła) zaczerpniętymi z rozdziału „Bajka magiczna” z: Propp Nie tylko bajka). To postać, która podejmie się wypełnienia zadania. W omawianym komiksie za bohatera możemy uznać Kajka i Kokosza – postacie te niemal zawsze działają razem, dążą do wspólnych celów i wzajemnie się uzupełniają. Po umiejscowieniu akcji w Mirmiłowie, narrator zwykle wprowadza wojów posługując się sformułowaniem: „żyli dzielni wojowie Kajko i Kokosz”.

Tworząc te postacie, Christa nawiązywał prawdopodobnie do toposu dzielnego rycerza, jednak przekształcił go w dowcipny sposób. Oparł się na dość ogranym schemacie fabularnym pary przyjaciół – grubego i chudego. Motyw ten często występuje w kinie i literaturze – wystarczy wspomnieć takie tytuły filmowe jak: Flip i Flap, Gruby i Chudy Romana Polańskiego, Gruby i Chudszy z Eddim Murphym w podwójnej roli, Mad Max – Pod kopułą gromu z postacią Mastera Blastera, czy najsłynniejszych komiksowych konkurentów Kajka i Kokosza – Galów Asteriksa i Obeliksa. Co uzyskał autor stosując taki zabieg fabularny? Przede wszystkim ciekawą, i zasadniczą dla fabuły komiksu relację bohaterów, opierającą się na przyjaźni, zależności, a czasami wręcz poddaństwie. Stanowi ona punkt wyjścia dla wielu sytuacji komicznych, z których najśmieszniejsze wydają się te inspirowane kłótniami między bohaterami.

Cechy bohaterów są silnie zarysowane a oni sami nawzajem się uzupełniają. Silny, aczkolwiek strachliwy Kokosz, to główny sprawca wszelkich nieszczęść. Jego głównymi wadami są obżarstwo, próżność, lenistwo i kłótliwość. Kajko to jego przeciwieństwo – jest niewysoki i zwinny. Najpierw myśli, potem działa. Zawsze kieruje się szlachetnością i bezinteresownością. Bez niego, Kokosz jest tylko bezmyślnym osiłkiem. Razem tworzą komiczny duet.

W tradycyjnej bajce magicznej, jaką badał Propp, „logiczny składnik konstrukcji narracyjnej stanowi nieposzlakowana moralność bohatera”. Tylko osoba bezwzględnie dobra, kierująca się słusznymi intencjami może zasłużyć na nagrodę. Bajkowy świat jest czarno-biały. Istnieje wyłączenie dobro i zło, brak tu miejsca na dylematy moralne. Rzadkie bywają przypadki zmiany zachowania bohatera i próby naprawienia wyrządzonego zła. Jak pisze Propp – „psychologizacja nie leży w naturze bajki”. W Kajku i Kokoszu autor odchodzi od tej zasady – jego bohaterowie często wyrażają skruchę i naprawiają wyrządzone krzywdy, wyciągają wnioski z własnych potknięć. Gdyby nie popełniali błędów, byłoby nudno. To właśnie słabości dzielnych wojów decydują o atrakcyjność fabuły, dają początek większości zabawnych sytuacji. Poza tym, małe grzeszki, jakie mają na sumieniu dzielni woje, nie mogą wpływać na ogólną opinię o etyczności ich działań. W porównaniu do Zbójcerzy, którzy zazwyczaj wspólnie pełnią rolę przeciwnika, woje Mirmiła dążą zawsze do dobra.

Momentem wyjściowym większości fabuł bajkowych jest cisza i spokój. U Christy można mówić wręcz o sielance. Mieszkańcy żyją leniwie i dostatnie. Kajko i Kokosz zazwyczaj niemiłosiernie się nudzą i zbijają bąki. Najczęściej akcję komiksu (podobnie jak i w bajce) rozpoczyna nieszczęście lub – w niektórych przypadkach – brak czegoś. W serii o wojach Mirmiła czynnik zawiązujący akcję ma zazwyczaj wymowę komiczną – czy za prawdziwy brak czegoś można uznać marzenie Mirmiła o lataniu (Szkoła latania), a za nieszczęście – katar, jakim zarazili kasztelana Zbójcerze w albumie Cudowny lek?

ZBÓJCERZE

W większości albumów sprawcą nieszczęść są Zbójcerze. Przewodzi im choleryczny i zachłanny Hegemon. Jego zastępca Kapral nie jest lepszy – to pochlebca marzący o przejęciu władzy. Relacja, jaka między nimi zachodzi, opiera się na schematach, które autor wykorzystał kreując Kajka i Kokosza. Z tą różnicą, że przyjaźń dzielnych wojów jest prawdziwa i szczera. Relacja pomiędzy Zbójcerzami opiera się natomiast na rywalizacji i pogardzie.

Banda rycerzy rozbójników to przeciwieństwo mieszkańców Mirmiłowa. W grupie trzyma ich jedynie obietnica przyszłych zysków i silna władza, uosabiana w postaci Hegemona. Mieszkańców grodu, pomimo słabej władzy, reprezentowanej przez kasztelana Mirmiła, łączy solidarność i przyjaźń. Dla mieszkańców kasztelu liczy się przede wszystkim spokój i dobra zabawa.

Różnice między obiema grupami najłatwiej zauważyć, gdy świętują one sukcesy – uczta Mirmiłowian przeradza się zwykle w festiwal radości i pochwał ku czci kasztelana, ulubiona rozrywka Zbójcerzy – otwieranie beczki piwa – kończy się zawsze bójką i wzajemnymi pretensjami.

W bandzie Zbójcerzy panuje wyłącznie jedna zasada – silniejszy bierze wszystko. Przemoc i oszczerstwa to naturalna broń, którą posługują się przeciwnicy dzielnych wojów. Najlepiej obrazują to wewnętrzne relacje zachodzące w grupie rycerzy rozbójników. Słaby i zakompleksiony Kapral, poniewierany przez dowódcę, wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję, aby ośmieszyć silniejszego od siebie Hegemona (np. gdy poi go eliksirem zapomnienia i wmawia mu, że jest dzikiem – Dzień Śmiechały). Równie często Kapral odbija swoje niepowodzenia na reszcie bandy. W szczególności ofiarą jego uszczypliwości staje się Oferma – drużynowe popychadło; postać znajdująca się na samym końcu drużynowej hierarchii. Jak to jednak w bajkach, nie tylko tych opisywanych przez Proppa, bywa, postać, która posługuje się przemocą, sama wkrótce staje się jej ofiarą. U Christy ta prawda znajduje zazwyczaj odzwierciedlenie w komicznej scenie. Na przykład próbujący wywołać u Ofermy chorobę Kapral wkrótce sam staje się nosicielem kataru i zostaje wysłany do Mirmiłowa jako broń biologiczna (Cudowny lek).

Przemoc, którą posługują się Zbójcerze, czyni ich przeciwnikom mniej krzywdy, niż choćby ta, jaką możemy obserwować w dzisiejszych kreskówkach telewizyjnych pełnych brutalności. Autor ujął ją w nawias bajkowo – komicznego świata, wyśmiał i przerysował. Działania Zbójcerzy nigdy nie pozbawiają nikogo życia – co najwyżej przysparzają im kilku siniaków lub powodują utratę pieniędzy. „Skoro postacie nie cierpią, zło pozbawione jest swojej mocy, nie może zatriumfować nad ludzkim światem i dokonać ostatecznego zniszczenia” – jest to jeden z wyznaczników komedii slapstickowej, do której seria Christy wyraźnie nawiązuje (Katafiasz i Wojnicka 388). Banda rycerzy rozbójników jest raczej śmieszna niż groźna. Nie stanowi tak naprawdę poważnego zagrożenia dla Mirmiłowa. Można stwierdzić, że zło reprezentowane przez Zbójcerzy jest oswojone, znane mieszkańcom grodu. A to, co znane, nie jest przecież straszne (znacznie większe zagrożenie niosą działania prawdziwych czarnych charakterów, jak np. plemienia Rarogów czy piratów Złotowłosego). Wprowadzenie Zbójcerzy ma na celu rozbawienie czytelnika, zwrócenie jego uwagi na bezzasadność przemocy. W postaciach Hegemona i Kaprala autor sparodiował wszelkiej maści despotów i pochlebców; przez ukazanie relacji poddaństwa, jakie zachodzi w bandzie, wyśmiał ludzi władzy i ich aspiracje do narzucania woli innym.

MIRMIŁ I LUBAWA

Po zawiązaniu akcji, bohaterowie zostają wysłani w podróż, aby zażegnać nieszczęście lub odnaleźć przedmiot, który przywróci pierwotny stan królestwa. Jak pisze Propp, zwykle przez reprezentanta starszej generacji. W Kajku i Kokoszu funkcje postaci wysyłającej pełnią zazwyczaj Mirmił, Lubawa lub Jaga. Przyjrzyjmy się bliżej kasztelanowi i jego wybrance, relacja, jaka pomiędzy nimi zachodzi jest źródłem wielu sytuacji komicznych.

Kolejny raz odnajdziemy tu schemat gruby-chudy, tym razem przeniesiony na obszar relacji damsko-męskich (podobny układ istnieje między Jagą a Łamignatem). We wcześniej opisywanych parach Christa zestawił obok siebie nierozwagę i inteligencję, przemoc i fałszywość. Tym razem melancholii i nadwrażliwości Mirmiła przeciwstawia pewność i rozwagę Lubawy. Ten sposób konstruowania postaci, opartych na przeciwnościach, jest chyba najczęstszy u Christy. Wystarczy wymienić inne jego komiksy: Kajtek i Koko, Gucek i Roch, lub wspomnieć inne pary występujące w Kajku i Kokoszu – Dajmiecha i Niesława lub Mirmiła (miłujący pokój) i jego brata Wojmiła (miłujący wojnę).

Kasztelan odbiega od popularnego wzoru bajkowego władcy. Nie posiada mądrości ani charyzmy bajkowego pierwowzoru. To fajtłapa i marzyciel podejmujący nieroztropne decyzje, które narażają mieszkańców kasztelu na niebezpieczeństwo (np. nakaz otwarcia bram grodu – Szkoła latania). Jego lekkomyślne czyny zmuszają zazwyczaj Kajko i Kokosza do działania.

Lubawa to przeciwieństwo męża, silnie stąpa po ziemi i nie waha się użyć swojej władzy, aby wpływać na decyzje kasztelana. Jej ulubionym sposobem osiągania celów jest groźba wyprowadzenia się do mamy.

KONSTRUKCJA FABULARNA

„W typowej bajce magicznej zawiązanie akcji polega więc na wyprawieniu bohatera z domu”. Propp nazywa ten element „funkcją czasowego odejścia”. „Jej sens polega na tym, że rozłączają się starsi i młodsi, silni i bezbronni”. Element ten występuje w większości albumów o dzielnych wojach. Po opuszczeniu grodu przez Kajka i Kokosza Mirmiłowo narażone jest na ataki podstępnych Zbójcerzy. Sytuacja ta zostaje zażegnana po powrocie wojów do grodu.

„Oś kompozycyjną bajki wyznaczają dwa królestwa”. W albumach Janusza Christy, pierwsze to Mirmiłowo; drugie – miejsce docelowej wędrówki bohaterów. Znajduje się ono w niewiadomym, odległym położeniu. To właśnie tam bohaterowie odnajdą magiczny przedmiot (Cudowny lek), spotkają pomocną postać (W krainie borostworów) lub nauczą się umiejętności, która pomoże rozwiązać nieszczęśliwą sytuację (Szkoła latania). Funkcja wyprawy ma na celu pokazać wewnętrzną przemianę bohatera i uzasadnić, że zasługuje on na specjalne względy.

Ponieważ w bajce czas jest nierealny, „wskutek tego kompozycja nie rozwija się wedle praw logiki. Otwiera się pole do działania przypadkowości. To ona w znacznej mierze decyduje o fantastyce bajki magicznej”. W Kajku i Kokoszu bohaterowie przemierzają odległości pomiędzy krainami bez konsekwencji czasowych, w jednym momencie są w Mirmiłowie, a kilka kadrów dalej już w odległej krainie. Rzadko kiedy akcja komiksu na dłużej skupia się wokół jednego elementu historii. Niekiedy autor rozpoczyna jakiś wątek i gdy już myślimy, że będzie to decydujący element fabuły, wówczas ustępuje on miejsca innemu. Wiele przygód, które spotykają dzielnych wojów na drodze do celu, dzieje się właśnie na skutek przypadku, jakby autor nie miał wcześniej założonego planu fabularnego, lecz kreował zdarzenia z planszy na planszę. Czy autor wybrał taką formułę celowo, aby w ten sposób upodobnić komiks o wojach Mirmiła do tradycyjnej bajki? Skądże. Chodziło raczej o ograniczenia objętościowe, jakie nałożono na komiks w jego gazetowym wydaniu (Christa). Innym aspektem, który zdecydował o dużej roli przypadku w fabule komiksu był z pewnością humor. Czasami większy potencjał komiczny tkwił po prostu w scenach, które nie odgrywały znaczącej roli fabularnej, posiadały jednakże duży potencjał komiczny. Dlatego autor kierował zainteresowanie czytelnika właśnie w tym kierunku – już Arystoteles uważał, że niekonsekwencja to podstawowa zasada komedii (Katafiasz i Wojnicka 386).

Aby dotrzeć do odległej krainy, bohater musi przebyć odległość, jaka go od niej dzieli. W tym celu posługuje się zazwyczaj magicznym środkiem (funkcja przemieszczenia przestrzennego bajki). Najczęściej funkcję tą spełniają siedmiomilowe buty, magiczny dywan lub latający kufer (Szkoła latania), w Kajku i Kokoszu funkcję logistyczną spełnia też czasami smok Miluś.

MAGIA

Obecność magii jest jednym z wyróżników bajki. W komiksie o słowiańskich wojach, świat wypełniony jest czarami, które przenikają nawet do tak niepozornych przedmiotów jak: fujarka, drewniana łyżka czy grochówka. Magiczne przedmioty, postacie i zdarzenia są ważnym tłem dla większości przygód dzielnych wojów. Wiara w magię głęboko tkwi w bohaterach komiksu, czasem zupełnie bezzasadnie. Podejście do motywu magii odróżnia komiks Christy od tradycyjnych bajek ludowych, gdzie magia ma zawsze silne uzasadnienie. Takie ujęcie pozwoliło autorowi zwiększyć potencjał komiczny fabuły. Na przesądach i łatwowierności opartych jest bowiem wiele zabawnych scen. Najczęściej autor konstruuje je wokół lekkomyślnych i skorych do strachu bohaterów – np. Kokosza, przekonanego, że siłę zawdzięcza długości rzucanego przez siebie cienia, czy zachłannego karczmarza, który wierzy, że stanie się bogaty, wykrzykując na rozstajach dróg hasło „chcę być bogaty”. Wykorzystywanie naiwności swoich przeciwników to jedna z najczęstszych broni, jaką posługują się Kajko i Kokosz. Wojowie często stwarzają wrażenie, że znają się na czarach, co dzięki znajomości z Jagą przychodzi im bez większych problemów. Najwięcej tego typu humoru odnajdziemy w albumie Dzień Śmiechały, który w znacznej mierze opiera się na dowcipach sytuacyjnych wykorzystujących wiarę postaci w przesądy i magię.

Skąd w bajkach biorą się magiczne przedmioty? Jak bohaterowie wchodzą w ich posiadanie? Propp wskazuje na donatora – osobę poddającą bohaterów próbie. Jeśli bohater ją przejdzie, wówczas zyskuje magiczny przedmiot (tzw. funkcja wypróbowania i zyskania magicznego środka). W bajkach ludowych najczęściej rolę tą pełni osoba żyjąca na obrzeżach społeczności, w lesie lub innym odosobnionym miejscu – wróżka lub Baba Jaga. Zna się ona na czarach i przyrządzaniu magicznych wywarów, posiada wiedzę i umiejętności, które mogą pomóc bohaterowi.

W Kajku i Kokoszu rolę donatora najczęściej spełnia Jaga (do innych postaci tego typu możemy zaliczyć np. wróżkę Gaetę z albumu Cudowny lek). To do niej kierują zazwyczaj pierwsze kroki bohaterowie, gdy potrzebują pomocy. Jej rady nieraz wyciągają mieszkańców Mirmiłowa z opresji. Czarownica ma bardzo łagodne usposobienie, jednak nie znosi, gdy osoby niepowołane mieszają się do magii. Ewentualnych intruzów poddaje próbie swoich czarów. Taka sytuacja spotyka Kajka i Kokosza – kiedy próbują wykraść maść latania, czarownica za karę powiększa im dłonie (Skarby Mirmiła).

Oprócz przedmiotów magicznych w bajkach pojawiają się także pomocnicy, którzy mogą, lecz nie muszą posiadać magicznych cech. To osoby lub stworzenia, które pomagają bohaterom w wypełnieniu ich misji. Jaga spełnia czasami i tę funkcję.

Pomocnicy mogą przyjmować w bajkach postać starca lub staruchy, wdzięcznych zwierząt, duchów czy fantastycznych stworów. W Kajku i Kokoszu często odnajdziemy pomocników tego typu, zazwyczaj dowcipnie przedstawionych.

Motyw starucha pojawia się w komiksie kilkakrotnie. Na przykład w Szrankach i konkurach bohaterowie spotykają łakomego pielgrzyma, którego biorą za Leśnego Dziadka; w Dniu Śmiechały pomaga im Dziad Borowy, a w Cudownym leku – piastun Kapryldy.

Duchy wykorzystują głównie przeciwnicy – Zbójcerze, którzy za ich pomocą starają się „dobrać Mirmiłowianom do skóry”. W takich okolicznościach pojawia się w grodzie Zmora Senna dręcząca Mirmiła (Wielki Turniej) czy Duch lenistwa (Mirmił w opałach).

Dzielnym wojom znacznie częściej pomagają istoty magiczne lub wdzięczne zwierzęta. Na przykład Krasnotkowie w albumie Festiwal czarownic, wdzięczne Borostwory wskazujące drogę do Pani Natury czy zwierzęta, które atakują Zbójcerzy w albumie Wielki turniej. Warto zwrócić również uwagę na pomocnika Jagi – ptaka Gdasia. Motyw mądrego ptaka jest jednym z najczęściej powielanych w bajkach.

SMOK I KRÓLEWNY

Do innych znanych motywów należy z pewnością motyw walki ze smokiem, który w Kajku i Kokoszu został całkowicie odwrócony. To nie pozytywni bohaterowie starają się zgładzić smoka, lecz ci o złych intencjach. Smok Miluś jest nie tylko pomocnikiem i najlepszym przyjacielem bohaterów, ale i zaprzeczeniem krwiożerczej bestii z bajek – uwielbia psocić i bawić się, a do tego jest wegetarianinem.

Po przybyciu do odległego królestwa bohaterowie spotykają króla lub królewnę (typ postaci zazwyczaj trudny do rozłączenia). Ta postać zleca bohaterowi trudne, wręcz niemożliwe do spełnienia zadanie, np. zgładzenie smoka lub odnalezienie magicznego przedmiotu, za które obiecuje nagrodę. Często występującym w bajkach stereotypem jest kapryśny charakter królewny.

W albumach o dzielnych wojach ten bajkowy schemat również się pojawia. Wystarczy wspomnieć kapryśną Fochnę (Szranki i konkury), która obiecała rękę temu z kandydatów, który spełni jej trzy zadania, czy jej czarnowłosą koleżankę – Kapryldę (Cudowny lek), która z nudów poddawała przybywających do zamku rycerzy trzem testom. Ojcowie dziewcząt – Mszczuj i Ramparam – pozostają pod przemożnym wpływem córek i z trudem radzą sobie z ich zachciankami.

Postać królewny oraz zlecone przez nią zadanie, są w komiksie przedstawione w przewrotny sposób. Rolę królewny odgrywa na przykład przebrany w kobiece szaty Hegemon, zaś próby zgładzenia smoka Milusia, jakich podejmują się konkurenci do ręki fałszywej królewny, przeistaczają się w serię zabawnych gagów (Zamach na Milusia).
Warto zwrócić uwagę, że większość prób (nie tylko tych zlecanych przez królewny), z jakimi bohaterowie muszą zmierzyć się podczas swoich podróży, przyjmuje potrójny wymiar; co więcej, nawet magia, której używają bohaterowie, często pozostaje pod wpływem tej liczby. Propp wyjaśnia tę prawidłowość tkwiącymi w ludzkich społecznościach pierwotnymi systemami liczbowymi, które oparte były na potrójnych wartościach (Nie tylko bajka). U Christy, zaklęcia, aby przyjąć moc wiążącą, muszą być wypowiedziane trzykrotnie. Magiczne przedmioty działają ograniczoną liczbę razy – np. rękawica siły użyta w albumie Na wczasach lub trzy woreczki z magicznymi ziołami wykorzystane przez bohaterów w albumie Wielki Turniej.

KONKURENCI

W bajkach, wypełnienia zadania podejmuje się zazwyczaj kilku konkurentów. Są to przeciwnicy bohatera na drodze do sławy – fałszywi bohaterzy. W tradycyjnej bajce magicznej może to być na przykład zła siostra lub czeladnik, konkurujący z głównym bohaterem. W komiksie o wojach Mirmiła tę funkcję pełnią najczęściej Zbójcerze. Na przykład w albumie Wielki Turniej rycerze rozbójnicy siłą odbierają stado baranów pasterzowi, Kajko i Kokosz kierują się natomiast dobrocią serca, za co zostają nagrodzeni przez pasterza, który ofiarowuje im barana Beka. W tej scenie odnajdziemy bajkowy morał, że nie wszystko złoto, co się świeci. Niepozorny baran wojów, okazuje się ostatecznie o wiele bardziej wartościowszym wojownikiem niż baran Taran, którego wybrali Zbójcerze.

Czasami rolą fałszywego bohatera autor obarcza Kokosza. Tak dzieje się na przykład w Szrankach i konkurach, kiedy bohaterowie wypełniają zachcianki kapryśnej Fochny. Zachowanie Kokosza jest wówczas ukazane w kontraście z nienaganną postawą Kajka, który przyjmuje na swoje barki rolę prawdziwego bohatera. Poprzez tą funkcję bajka wskazuje słuszne zachowania, piętnuje negatywne i uczy moralności. Nie inaczej jest w komiksach Christy. Chociaż na pierwszym miejscu zawsze znajduje się komizm, który w dyskretny sposób przysłania moralizatorski charakter sceny.
W bajkach bohater pozytywny jest zazwyczaj słabszy od wrogów. Nie posiada jego siły czy wpływów. „W bajce – pisze Propp – chytrość to broń słabszego przeciw silnemu. [...] Nie tylko nie jest potępiana, lecz nawet heroizowana”. Większość zagrożeń bohaterowie przezwyciężają właśnie w taki sposób, posługując się fortelem lub używając magicznych przedmiotów. Wystarczy wspomnieć scenę, gdy Kajko i Kokosz dwukrotnie ratują gród przed machiną oblężniczą Zbójcerzy zmieniając długość jej podestu (Dzień Śmiechały). Co prawda Kokosz kieruje się czasem prawem pięści (zarówno w stosunku do wrogów, jak i do swojego przyjaciela), jednakże są to sytuacje chwilowej słabości, kiedy obżarstwo i pycha biorą górę nad jego tkliwym sercem.

Każda bajka kończy się happy endem. Zły bohater zostaje ukarany i potępiony; dobry, dzięki swojej nienagannej postawie – odbiera nagrodę. Nieszczęście zostaje zażegnane, przeciwnik ukarany. Królestwo wraca do pierwotnego stanu, a bohater (tak dzieje się w tradycyjnych bajkach) wstępuje na tron i żeni się z królewną. W omawianym komiksie funkcja ta ma odzwierciedlenie w uczcie, którą urządzają mieszkańcy Mirmiłowa pod koniec każdej z przygód.

BAJKOWA ESTETYKA

Komiksy o dzielnych wojach w znacznej mierze nawiązują do estetyki bajki ludowej, którą badał Propp. Christa przekształca jednak bajkowe schematy, bawi się nimi, nasącza humorem, tworząc w ten sposób nową, oryginalną jakość; jeśli nie pod względem typologii bohaterów, to z pewnością pod względem fabularnej otoczki. W wywiadzie przeprowadzonym przez Bartosza Kurca rysownik przyznaje, że inspirował się bajkowymi produkcjami Disneya. Wydaje się, że wiele zaczerpnął również z kina komediowego lat dwudziestych i trzydziestych. Struktura fabularna Kajka i Kokosza opiera się na zasadzie, jaką kieruje się ten rodzaj opowieści – posiada trzy fazy: równowagi (sielanka na początku albumu), nierównowagi (podróż i próby wypełniania zleconych zadań) i nowej równowagi (porażka Zbójcerzy i uczta na koniec albumu) (Katafiasz i Wojnicka 386). Od tradycyjnej bajki Kajka i Kokosza odróżnia właśnie typ humoru, jaki przeważa w komiksie. Propp pisał, że „bajka magiczna operuje humorem niezwykle specyficznym, subtelnym, z niewielką domieszką dobrodusznej ironii”. Tego typu humor możemy odnaleźć w Kajku i Kokoszu, ale stanowi on mniejszość. Zdecydowana większość zabawnych scen konstruowana jest wokół cielesności bohaterów i różnic w ich charakterach. Esencję fabuły stanowią bójki, pogonie i obrzucanie się karczemnymi stołami. O specyfice komiksu decyduje połączenie bajkowych motywów ze slapstickowym humorem, który „charakteryzuje się niezwykle wartką akcją, skupioną wokół gagów i operuje niewybrednym komizmem sytuacyjnym, wywiedzionym głównie z konfliktów między bohaterami” (Katafiasz i Wojnicka 387–388). To umiejętne połączenie tych elementów decyduje o atrakcyjności serii.

Bajkowa estetyka to element wielu współczesnych fabuł, począwszy od Gwiezdnych Wojen poprzez Harry’ego Pottera, a na komiksie o dzielnych wojach kończąc. W artykule o kulturze popularnej Eslie A. Fiedler napisał, że komiksy „są naszymi nie całkowicie ujarzmionymi przez maszynę bajkami Grimma, choć Czarny Las zamienił się, jak był powinien, w Miasto, Czarownik w Uczonego, a Głupi Hans w Kapitana Marvela” (Fiedler). Można powiedzieć, że komiksy to bajki naszych czasów. A potęgi bajki nie można lekceważyć.

Bibliografia
Arystoteles. Poetyka. Wrocław: Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 1983.
Christa, Janusz. Wywiad przeprowadził Bartosz Kurc. „Świat, którego nie ma – wywiad z Januszem Christą” Trzask prask. Wywiady z Mistrzami polskiego (i nie tylko) komiksu. Red. Bartosz Kurc. Koluszki: Bajka, 2004. 38–46.
Fiedler, Lesie A. „Środek przeciw krańcom”. Kultura masowa. Red. Czesław Miłosz. Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2002.
Florek, Arkadiusz. Kajko i Kokosz, czyli świat dzielnych wojów. Namysłów, 2005.
Katafiasz, Olga i Wojnicka, Joanna. Słownik wiedzy o filmie. Warszawa – Bielsko-Biała: ParkEdukacja, 2008.
Propp, Władimir. Nie tylko bajka. Warszawa: PWN, 2000.
---. Morfologia bajki. Warszawa: Książka i Wiedza 1976.
---. Historyczne korzenie bajki magicznej. Warszawa: Wydawnictwo KR, 2003.

niedziela, 14 czerwca 2009

Hey wait...


Jeszcze w tym roku Taurus Media planuje wydać kolejny komiks norweskiego rysownika Jasona - "Hey wait...". Czytelnicy, którzy znają twórczość tego artysty, z pewnością nie będą mieli problemu z podjęciem decyzji w sprawie kupna komiksu. Tych, którzy nie znają jeszcze komiksów Norwega, zachęcam do przeczytania recenzji owego komiksu. Może pozwoli ona podjąć decyzję czy warto zainwestować pieniądze w to wydawnictwo.

PS.Miałem okazję zapoznać się z wydaniem angielskim.



„Hey wait...” autorstwa Jasona, to z jednej strony opowieść o dzieciństwie, przyjaźni, marzeniach i beztrosce; z drugiej, o tragedii i zaprzepaszczonych możliwościach. Autor za pomocą prostych, czarno-białych, humorystycznych rysunków, opowiedział historię, która na długo pozostaje w pamięci.

Komiks składa się z dwóch części. Pierwsza z nich ma w większości humorystyczny charakter i opowiada o dzieciństwie. Głównymi bohaterami jest dwójka chłopców spędzających wakacje w mieście. Autor za pomocą jednostronicowych, pozornie ze sobą niepowiązanych zabawnych historyjek, opowiada nam o przyjaźni, jaka łączy wyżej wspomnianą dwójkę, o ich marzeniach i planach na przyszłość. W zabawnej formie ukazuje naiwność, prostoduszność, i wiarę we własne możliwości, jaka cechuje nas w wieku "nastu” lat.

Druga część komiksu ma bardziej pesymistyczny wymiar. Opowiada o zaprzepaszczonych szansach i nadziejach, oraz o codziennym szarym życiu, tak różnym od tego z naszych dziecięcych marzeń.

W tej części autor ukazuje nam dorosłe życie jednego z głównych bohaterów. Jest ono konsekwencją wydarzenia z dzieciństwa, opowiedzianego w pierwszej części komiksu. Zestawiając dziecięce marzenia z szarą rzeczywistością, autor ostrzega nas przed pochopnymi, nieprzemyślanymi decyzjami, które mogą na stałe zmienić nasze życie,i uczynić z nas więźniów swojej przeszłości zżeranych przez wyrzuty sumienia.

W "Hey wait..." dominuje obraz, tylko niekiedy wspomagany słowem. Dzięki zadziwiającemu darowi narracji autora i dowcipnym rysunkom, komiks czyta się z lekkością i wielką przyjemnością. Styl rysunków Jasona jest bardzo charakterystyczny i nadaje komiksowi dodatkowego, smaczku. Pomimo „błahej” formy graficznej wymowa komiksu jest jak najbardziej poważna. Połączenie cartoonowej kreski z poważną fabułą wzmacnia ekspresywność komiksu i pozwala autorowi uniknąć patosu, o co w takich historiach nie trudno.

Pomimo swojej prostoty (nie mylić z infantylizmem), autorowi udało się opowiedzieć wzruszającą i poważną historię, która skłania czytelnika do przemyśleń nad własnym życiem i kierunkiem, w którym ono podążyło (tak było przynajmniej ze mną po przeczytaniu tego komiksu). Skoro więc autora recenzji naszły jakieś przemyślenia po przeczytaniu „Hey wait”, to czemu nie ciebie potencjalny czytelniku? Gorąco zachęcam do lektury, abyś sam na własnej skórze mógł przekonać się o wymiarze tego komiksu i twórczości Jasona w ogóle.

Zeszyty Komiksowe - numer 9.

Właśnie wróciłem z tygodniowego wypadu w góry. Zaglądam do skrzynki pocztowej, a tam leżakuje sobie koperta formatu A4. W środku znalazłem nowy numer "Zeszytów Komiksowych". Gruba bestia, 176 stron poświęconych twórczości Janusza Christy ( z czego cztery mojego autorstwa :)

Warto było czekać, szczerze polecam ten numer.

Pełny spis artykułów znajdziecie tutaj:zeszytykomiksowe.org/zk9

czwartek, 28 maja 2009

Houston, we have a problem!... And we need a solution!

Dylemat każdego komiksiarza w Polsce: jak przeczytać te wszystkie komiksy na których nam zależy, przy obecnych cenach, ograniczonym budżecie domowym i braku dostępu do tegoż typu literatury w bibliotekach? Ilekroć czytam o pracach znanych artystów w internecie lub też przeglądam listę komiksowych nowości, mnie również narzuca się owo pytanie. Uświadamiam sobie wówczas jak wiele wartościowych pozycji wciąż czeka na odkrycie. O większości z nich jedynie słyszałem lub czytałem w branżowej literaturze, drugie tyle wciąż pozostaje mi nieznane.

Nie chodzi o to, że chcę przeczytać wszystko, co na komiksowym rynku pojawiło się przez ostatnie sto lat. Nie mam zamiaru tracić czasu na lekturę czegoś, tylko dlatego, że jest to połączenie słowa i obrazu. Lektura musi być, jakkolwiek kolokwialnie to zabrzmi, „dobra”. Komiks (podobnie zresztą, jak książka, od której oczekuję dokładnie tego samego) może być inspirujący, podniecający, zapadający w pamięć, pobudzający wyobraźnię, wartościowy, mądry, interesujący, zabawny, ciekawy graficznie lub literacko, może dostarczać dreszczyku emocji, pobudzać do myślenia, uczyć, albo po prostu zapewniać porządną rozrywkę. Wszystko mi jedno. Nie mam jednakże zamiaru tracić czasu na czytanie pierdoł. Nużyzny, dłużyzny, podlizywanie się Bardzo Znanym Instytucjom i historie o niczym, odpadają.

Z owego faktu nie zdają sobie czasami sprawy osoby, które wiedzą o moim hobby, lecz same nie interesują się komiksem. Zdarza się, że pragną obdarować mnie komiksem dołączonym do gazety czy wydanym na specjalną okazję. Uważają, że skoro interesuję się tą formą przekazu artystycznego, to z wielką przyjemnością przeczytam biograficzną historię Orła z Wisły, albo najnowszy numer Kaczora Donalda. Otóż nie. Nie mam zamiaru tracić czasu na coś, co zupełnie mnie nie interesuje. (Ciekawe, że wybierając lektury lub muzykę, osoby te nie kierują się podobnym tokiem myślenia, lecz dokonują selekcji tego, co wartościowe).

No dobra. Jeśli z tysięcy ton komiksowej makulatury wydawanej na całym świecie wygrzebiemy kilka wartościowych dekagramów, to sami widzicie, że i tak zostaje całkiem spora kupka do przebrania. Cóż więc robić? Jak zaspokoić czytelniczy głód?

Może wydawać na hobby więcej pieniędzy? Może tak, jak daleki znajomy (dodam, że wcale nie samotny i wcale już nie młody) wziąć wypłatę z konta, udać się do najbliższego sklepu komiksowego i lekką ręką wydać 900 złotych. A co tam, raz się żyje. Przecież braki w ulubionych seriach komiksowych muszą w końcu zostać uzupełnione. Tak, już to widzę...

Cześć kochanie, byłem na zakupach. O, co kupiłeś? Eee... kilka drobiazgów… pięć kilogramów komiksów. Przecena? Nie, w zwykłej cenie. Ale za to same rarytasy. To wspaniale!, może urządzimy sobie wieczorem literacką ucztę?

Odpada. Takie zachowanie nie wpłynie pozytywnie na moje życie rodzinne. Może jednak zostanę przy 60-100 złotych wydawanych na przyjemności każdego miesiąca, to dla mnie i tak spora kwota.

Może pożyczać od znajomych? Wymieniać się? Akurat, żeby mi ktoś poplamił, pozaginał strony, albo, co gorsza, nie oddał. Nigdy. Nie przejdzie. Zresztą większość fanów, myśli w podobny sposób. Czy się mylę?

Jest przecież internet powiecie, wszystko można ściągnąć. Niby tak… ale właśnie, nie wkurza was, że możecie mieć wszystko? To tak, jak z pornografią. Co z tego, że wirtualnie można posiąść każdą kobietę, to jedynie piksele. Wystarczy, że empetrójki odebrały mi przyjemność z kolekcjonowania muzyki. Nie chciałbym żeby ktokolwiek odebrał mi przyjemność obcowania z prawdziwą lekturą, którą mogę dotknąć i poczuć. Nie powiem, żebym czasami nie korzystał z dobrodziejstw Internetu – mówię oczywiście o komiksach – żaden tam ze mnie papierowy ortodoks, też czasami coś spiracę, ale przyznacie, że to jednak nie to samo. To substytut.

Gdyby chociaż w naszym kraju istniało więcej instytucji (nie mówię bynajmniej o salonach empiku), w których czytelnik mógłby wypożyczyć najciekawsze komiksy, na które go nie stać. Dlaczego w innych krajach (zerknij tu: Hist(e)rie biblioteczne)w bibliotekach bez problemu można uzupełnić braki w komiksowej edukacji, a u nas Pani bibliotekarka (autentyk) daje do zrozumienia oprowadzanym po bibliotece studentom, że „jak dla niej to komiks nie powinien w żadnym wypadku zajmować bibliotecznych półek, ponieważ jest głupi i szkoda na niego czasu”.

Skoro w bibliotece mogę wypożyczyć Harlequiny, to dla czego nie ma tam miejsca na komiks o zagładzie Żydów? Rozumie to ktoś?

Zresztą w tym przypadku to głębszy problem, u którego podłoża leży brak zainteresowania kulturą w ogóle, a w szczególności czytaniem. No bo skoro żyjemy w społeczeństwie, którego obywatele czytają jedną czy półtorej książki na rok, to nie oczekujmy, że ledwo wiążące koniec z końcem biblioteki nagle zakupią do księgozbioru setki najciekawszych komiksów. Ludzi trzeba po prostu czytaniem zainteresować, bo tu głównie leży problem. Ale to temat na innego posta.

PS.

Bardzo mnie cieszy, że czytelnicy próbują na własną rękę popularyzować komiks i stworzyć warunki, w których dostęp do wartościowych pozycji będzie dużo łatwiejszy. Jedną z takich inicjatyw jest Powszechna Baza Recenzji, która z pewnością pozwoli fanom sensowniej wydawać ich pieniądze.

(O projekcie możecie przeczytać na Polterze: PBR )

Ja podpisuję się pod tym pomysłem obiema rękami i zaraz wysyłam swojego pierwszego linka. Was też do tego zachęcam, może akurat wasza recenzja pozwoli uniknąć mi rozczarowania następną lekturą.

środa, 20 maja 2009

Koszmar ulotkowicza

Dziś scenariusz trochę z innej beczki.

W miarę świeża rzecz. Tekst popełniony na Ogólnopolski Turniej Małych Form Satyrycznych w Bogatyni: www.turniej.com.pl/

Dowiedziałem się o konkursie na dwa dni przed końcem zgłaszania prac. Przekroczyłem długość tekstu, o jakieś siedem stron, więc nie spodziewałem się zwycięstwa. Ale, co tam, tekścik powstał.

Zauważyłem, że kiedy planuje sobie pisanie, to nijak nie mogę skończyć tekstu. A kiedy zdarza się opcja pisania dla kogoś, na konkurs lub w określonym celu, to moja motywacja rośnie. Szybko powstaje coś całkiem znośnego. Podobnie było z tym tekstem.

Rzecz pomyślana, jako skecz dźwiękowy.

"Koszmar ulotkowicza"

Rozmowa dzieje się między chłopakiem, stojącym przy domofonie, a mieszkańcami bloku.

CHŁOPAK

(Lekko zziajany)

Dobra jeszcze "13" i fajrant.

DŻWIĘK: DZWONEK DOMOFONU.PODNOSZONA SŁUCHAWKA.

KOBIETA

Słucham.

CHŁOPAK

Reklamy.

KOBIETA

Czy WY zawsze musicie dzwonić akurat do mnie! WYNOCHA, bo psem poszczuję!

DŹWIĘK: W TLE SZCZEKA PIES.

CHŁOPAK

Przepraszam, przepraszam...

DŻWIĘK: ODKŁADANA SŁUCHAWKA.

CHŁOPAK

Cholerny parter. Spróbujemy z pierwszym piętrem.

DŻWIĘK: DZWONEK DOMOFONU. PODNOSZONA SŁUCHAWKA.

DZIEWCZYNKA

Słucham?

CHŁOPAK

Proszę otworzyć, ulotki.

DZIEWCZYNKA

Mama powiedziała, że mam nikomu nie otwierać.

CHŁOPAK

Ale, ja tylko z ulotkami.

DZIEWCZYNKA

Mama powiedziała, że mam nikomu nie otwierać.

CHŁOPAK

Dobrze, ja tylko rozniosę ulotki i już mnie nie ma. Otwórz mi dziewczynko.

DZIEWCZYNKA

No właśnie, mama mówiła, że wy faceci tak macie, wpadacie i wypadacie, tyle z was mamy. My, kobiety.

CHŁOPAK

Otwórz drzwi, proszę. Mam tu na ulotce dużo ciekawych słodyczy, na pewno cię zainteresują.

DZIEWCZYNKA

Mama mówiła, że będzie mi Pan chciał dać lizaka. Ee ee, nie ma mowy. Ja wiem kim Pan jest.

CHŁOPAK

Ulotkarzem. Proszę otworzyć.

DZIEWCZYNKA

Nie. Pan jest petrofilem. Mama mówiła, że Pan będzie nalegający, że wy faceci to jak coś chcecie to na kolanach prosicie, ale jak trzeba śrubkę przykręcić albo dziurę wywiercić to palcem nie kiwniecie.

CHŁOPAK

Słucham?

DZIEWCZYNKA

Muszę kończyć. Mama zabroniła mi rozmawiać z obcymi, co nalegają i rozdają lizaki. A tym bardziej z facetami, im tylko jedno w głowie. Ale jakbyś chciał do mnie na gg napisać, to mój numer to: 34 56 789. Cześć. Aha, tak przy okazji, jestem Marta.

DŻWIĘK: ODKŁADANA SŁUCHAWKA.

CHŁOPAK

No ładnie, nie ma jak internetowa znajomość.

DŻWIĘK: DZWONEK DOMOFONU. PODNOSZONA SŁUCHAWKA.

WESOŁEK

Kto tam?

CHŁOPAK

Dzień dobry, ulotki. Proszę otworzyć.

WESOŁEK

He he he, czego to nie wymyślą. Te ulotki to coraz sprytniejsze, same dzwonią po blokach i się reklamują.

CHŁOPAK

Słucham?

WESOŁEK

No, rozmawiam z ulotkami przecież.

CHŁOPAK

Aa, nie, ja roznoszę ulotki. Proszę otworzyć.

WESOŁEK

Roznosić to można zarazki.

CHŁOPAK

Ale się Pan czepia. Chciałbym reklamy podrzucić.

WESOŁEK

Podrzucić to można kukułcze jajo. A ja go nie chcę w moim gnieździe. Odlatuj ptaszku.

CHŁOPAK

Czyli co, nie wpuści mnie Pan.

DŻWIĘK: ODKŁADANA SŁUCHAWKA.

CHŁOPAK

Wesołek...

Następny na liście. Może... tu.

DŻWIĘK: DZWONEK DOMOFONU. PODNOSZONA SŁUCHAWKA.

STARSZY PAN

Tak?

CHŁOPAK

Proszę otworzyć. Roznoszę reklamy.

STARSZY PAN

Nie.

CHŁOPAK

Dlaczego?

STARSZY PAN

Bo takie mam prawo. Czterdzieści lat na nie czekałem i nie będzie mnie teraz taki gówniarz moralności uczył!

CHŁOPAK

Ale, ja tylko...

STARSZY PAN

Co tylko! Co tylko! Już ja znam takich, jak ty. Przedwczoraj czerwoni, wczoraj biali, a dziś, dziś mamona twoim Bogiem. Korporacji służysz bratku, już ja znam takich.

CHŁOPAK

Jakiej korporacji? Co Pan opowiada.

STARSZY PAN

A co, może nie? A skąd niby te ulotki? Z "Chrabąszcza"?, " Oszołoma"? czy "Teszmico"? Ha?

CHŁOPAK

Z "Litra".

STARSZY PAN

No właśnie bratku, właśnie. Wyzysk to twoje drugie imię. Za nic masz ojczyznę. Nie otworzę.

CHŁOPAK

(Cierpliwie)

Szanuje Pana poglądy, ale muszę zostawić ulotki w tej klatce. To ostatni blok. Zawsze go sprawdzają. Jak tu nie rozniosę, to mogę zapomnieć o wypłacie. Taką mam pracę...

STARSZY PAN

No właśnie, trza było na NICH głosować? Trza było? A potem pracy nie ma. ONI złote góry obiecują, a WY wierzycie.

CHŁOPAK

Na kogo głosować, co Pan opowiada? Ja nawet do wyborów nie chodzę.

STARSZY PAN

A! No właśnie. Do wyborów to NIE, ale narzekać na brak pracy to TAK! Sam żeś Pan sobie winien. Teraz se radź.

DŻWIĘK: ODKŁADANA SŁUCHAWKA.

CHŁOPAK

Społecznik się znalazł...

Dobra, lecimy z drugim piętrem.

DŻWIĘK: DZWONEK DOMOFONU. PODNOSZONA SŁUCHAWKA.

DŻWIĘK: W TLE GRA MUZYKA, ODGŁOSY IMPREZY.

IMPREZOWICZ

(Zawiany, bełkocze)

Hik... Pizzzza???

CHŁOPAK

Dzień dobry, ja z ulotkami, proszę otworzyć.

IMPREZOWICZ

Tso? Aa.. hik, aha. Ale ja dzwoniłem po pizzę? Nie do papierniczego. Jaki to numer?

CHŁOPAK

(Zaskoczony)

To ja dzwoniłem.

IMPREZOWICZ

Co za obsługa! Czczczczłowiek dzwoni po pizzzę i na niego krzyczą. Proszę z, hik... z kierownikiem!

CHŁOPAK

Panu się coś pomyliło. To ja dzwoniłem do Pana.

IMPREZOWICZ

Co Pan opowiadasz. Co to, piwa we własnym domu nie można się napić, szluga zapalić?! Dlaczego nie chcesz mnie Pan obsłużyć? Czzzccy ja niewyraźnie mówię, czy jak, hik..

CHŁOPAK

(Łapie okazję)

Proszę otworzyć, mam Pańską pizzę.

IMPREZOWICZ

Jak Pan masz, ja dopiero zwonię po zamówienie. Mnie Pan nie oszukasz! Pisz Pan! Ma być tak...

IMPREZOWICZ 2

(W tle. Również zawiany)

Rysiek, tylko nie bierz z tymi małymi śledzikami, wiesz te słone... nie cierpię ryby na ciepło.

IMPREZOWICZ

Dobra, dobra. Pisz Pan...

IMPREZOWICZ 3

(W tle. Również zawiany)

Chłopaki, czemu wy gadacie z domofonem? Telefon leży tutaj.

DŻWIĘK: ŚMIECH DOBIEGAJĄCY Z WNĘTRZA MIESZKANIA.

IMPREZOWICZ 3

(W tle)

Hahaha, dziewczyny patrzcie, jak ich wzięło, rozmawiają z domofonem. Hhahahhhhhha

IMPREZOWICZ

Hik... aha, dobra, przepraszam, pomyłka, ja chciałem z pizzą.

DŻWIĘK: ODKŁADANA SŁUCHAWKA.

CHŁOPAK

Imprezka, o tej porze? O kurcze, już ta godzina. Fortelem trzeba.

DŻWIĘK: DZWONEK DOMOFONU.

PISKLIWA KOBIETA

Słucham?

CHŁOPAK

(Moduluje głos)

Ze spółdzielni.

PISKLIWA KOBIETA

Akurat, już dziś chodzili z licznikami. Pewnie ulotki. Takiego wała.

DŻWIĘK: ODKŁADANA SŁUCHAWKA.

CHŁOPAK

Tak? No to zobaczymy.

DŻWIĘK: DZWONEK DOMOFONU, DŁUGO.

OBWIEŚ

Czego!?

ZACHRYPNIĘTA KOBIETA

(W tle)

Stachu, kto to?

OBWIEŚ

Kto tam?

CHŁOPAK

Eee... elektryk.

OBWIEŚ

Hela, to elektryk. Otworzyć?

ZACHRYPNIĘTA KOBIETA

(W tle)

Cholera, nie otwieraj. To pewnie komornik, pół roku rachunków nie płacę.

DŻWIĘK: ODKŁADANA SŁUCHAWKA.

CHŁOPAK

Cholera. Może trzecie piętro.

DŻWIĘK: DZWONEK DOMOFONU. PODNOSZONA SŁUCHAWKA.

EKOLOŻKA

(Uduchowiony głos)

Halo?

CHŁOPAK

Dzień dobry, dystrybucja reklam.

EKOLOŻKA

Co! Chyba Pan raczy żartować, wie Pan ile drzew potrzeba na kilogram tych WASZYCH reklam?

CHŁOPAK

No ile?

EKOLOŻKA

Eee... dużo. Wczoraj na Discovery mówili. Amazonia ginie, a Pan z uśmiechem na ustach ulotki roznosisz. Nie wstyd Panu? Każda ulotka to blizna na na matce ziemi.

CHŁOPAK

(Rozwesolony)

Chyba Pani trochę przesadza. Taką mam pracę.

EKOLOŻKA

Przesadzać to trzeba, ale drzewa, a nikt tego nie robi. Tylko wycinają i wycinają. Czy Pan wie ile dziennie gatunków zwierząt przez to ginie?

CHŁOPAK

No ile?

EKOLOŻKA

Eee... Sporo. Na Discovery mówili. Jednego gatunku małp to już tylko dwie sztuki zostały. Dwa samce...

CHŁOPAK

(Całkiem nieźle się bawi)

No to pozamiatane, małpek już nie będą miały, chociaż w dzisiejszych czasach...

EKOLOŻKA

Bardzo śmieszne. Nie dość, że Pan śmiecisz, to jeszcze homofob. Do widzenia Panu.

DŻWIĘK: ODKŁADANA SŁUCHAWKA.

DŻWIĘK: PODNOSZONA SŁUCHAWKA.

EKOLOŻKA

A po ile cukier macie? Jak tańszy, to nie będę musiała na drugi koniec miasta jechać, mniej spalin w atmosferze.

CHŁOPAK

Zawsze rower pozostaje.

EKOLOŻKA

Beszczelny.

DŻWIĘK: ODKŁADANA SŁUCHAWKA.

CHŁOPAK

Przecież musi ktoś normalny w tym bloku mieszkać.

DŻWIĘK: DZWONEK DOMOFONU.

CHŁOPTAŚ

Ssssłucham?

(Lekko ospały, zniewieściały głos)

CHŁOPAK

Dzień dobry Panu. Roznoszę reklamy, czy może Pan otworzyć?

CHŁOPTAŚ

Uuu, lubię sportowców. Te wszystkie mięśnie, napinające się przy wchodzeniu po schodach. Poezja ruchów. Zapach potu zmieszany z wodą toaletową. Siła i zdecydowanie.Mmmmmm. Podziwiam was. Trzeba być MĘŻCZYZNĄ do takiej roboty.

CHŁOPAK

Może zadzwonię do kogoś innego...

CHŁOPTAŚ

Nie, nie, zostań chłopcze, masz taki głęboki głos. Wprawia mnie w wibracje. Mów jeszcze. W co jesteś ubrany?

CHŁOPAK

Co?...

(Zmiana tonu, zwęszył szansę)

A jak powiem, to mi Pan otworzy?

CHŁOPTAŚ

Dobrze ptysiu z kremem. Otworzę.

CHŁOPAK

No dobra. Mam na sobie blu....nie,nie, mam na sobie obcisły podkoszulek...

CHŁOPTAŚ

Uuu, jaki kolor?

CHŁOPAK

Yyy... różowy, jest bardzo obcisły.

CHŁOPTAŚ

Oui, oui. Co masz na nim?

CHŁOPAK

Skórzana kurtka...

CHŁOPTAŚ

A dół?

CHŁOPAK

Skórzane spodnie, obcisłe...

DŻWIĘK: KROKI. KTOŚ ZBLIŻA SIĘ DO KLATKI.

CHŁOPTAŚ

Oh mon dieu! Twoje POŚLADKI pewnie wyglądają bosko! Jesteś umięśniony?

DŻWIĘK: KTOŚ STANĄŁ ZA CHŁOPAKIEM. SZUKA KLUCZY.

CHŁOPAK

Tak, tak. Nie jak Pudzian, ale zgrabna ze mnie bestia. Dobra, wystarczy tej zabawy, otworzy Pan?

CHŁOPTAŚ

Masz wąsik? No wiesz, taki a la Fredi?

MATKA DZIEWCZYNKI

Wchodzi Pan, czy jak? To nie miejsce na randki.

DŻWIĘK: SZCZĘK KLUCZY.

CHŁOPAK

Tak, tak, już.

CHŁOPAK

E.. tak, świeżo przycięty. Proszę otworzyć Pani chce wejść.

CHŁOPTAŚ

Dobrze, ale pod jednym warunkiem. Zostaw mi na ulotce numer telefonu gołąbeczku, oddzwonię do Ciebie, teraz jestem zajęty, biorę prysznic. Wiesz, jestem tylko w ręczniku... Mieszkam pod "jedenastką"...

DŻWIĘK: PODNOSZONA SŁUCHAWKA.

DZIEWCZYNKA

(Entuzjazm, wyrzuca słowa z prędkością karabinu)

Halo, jesteś tam jeszcze? Słuchaj, ten numer, który Ci podałam, pomyliłam się, powinno być...

MATKA DZIEWCZYNKI

Martuś? Co ty robisz? Mówiłam, że masz z nikim nie rozmawiać.

DZIEWCZYNKA

Mamuś? Nic się nie bój, ten Pan jest ok, chciał mi dać lizaka...

CHŁOPTAŚ

(Zdenerwowany)

Co to za kobieta! Co ty sobie wyobrażasz siostro! On jest mój, łapy precz od jego pośladków!

MATKA DZIEWCZYNKI

Co Pan sobie wyobraża, małe dziewczynki napastować. Policja! Zboczeniec. Pomocy! Zboczeniec!

DŻWIĘK: ODGŁOS SZAMOTANINY. OKŁADA CHŁOPAKA TOREBKĄ.

CHŁOPAK

Ała, no co Pani...Ała! Za co!? Ja tylko...

MATKA DZIEWCZYNKI

Wynocha zboczeńcu, ale już!

DZIEWCZYNKA

Mamuś, powiedz temu Panu, że się pomyliłam. Mój numer gg to...

CHŁOPTAŚ

Co tam się dzieje. Walcz rybeńko, nie daj się tej zołzie. Każdy ma prawo do miłości! Walcz! Walcz!

DŻWIĘK: ODKŁADANA SŁUCHAWKA.

MATKA DZIEWCZYNKI

MARTA! Natychmiast odłóż słuchawkę, ale już!

DŻWIĘK: ODKŁADANA SŁUCHAWKA.

MATKA DZIEWCZYNKI

A Pan wynocha, bo zadzwonię na policję!

DŻWIĘK: SZYBKO OTWIERANE DRZWI I TRZASK.

CHŁOPAK

(Zmęczony, zziajany)

Cholera, co za blok. I zaufaj dzisiaj ludziom...

Dobra, ostatnia próba. Raz kozie śmierć. Niech będzie... "13".

DŹWIĘK: DZWONEK DOMOFONU.

ZASPANA KOBIETA

Marek?

CHŁOPAK

(Zdziwiony)

Nie, Tadek.

ZASPANA KOBIETA

A, no to wchodź.

DŻWIĘK: OTWIERANE DRZWI.

CHŁOPAK

Uff

wtorek, 19 maja 2009

Banał na zimno raz!

Gotowanie to czynność, która mnie rozluźnia. Lubię to całe wymyślanie, mieszanie w garach, łączenie składników. Nigdy nie wiem, co z tego wyniknie. Jest tylko ostry nóż w dłoni, warzywka krojone w kosteczkę, muzyczka płynąca ze słuchawek i myśli błądzące po zakamarkach głowy (zwykle również stos brudnych garów i okruchy walające się po kuchni, ale kto by się tym przejmował, liczy się rezultat).

Podczas pichcenia pomysły pojawiają się nagle, wypełzają z zakamarków zwojów mózgowych, pobudzone zapachem ziół, przysmażanej cebulki i rozgniatanego czosnku. Mmmmmm, czujecie? Nawet, kiedy o tym piszę to pojawiają się pozytywne myśli. Mówię wam, spróbujcie, gotowanie to najlepsza metoda pobudzania kreatywności. Na mnie działa. Wczoraj też zadziałała, ot tak, podczas przyrządzania sałatki owocowej. Pojawiła się myśl. Nie głęboka, filozoficzna i odkrywcza, lecz prosta, trywialna i oczywista. Pośrednio dotyczyła pisania. Bezpośrednio? Hmm, życia. Ale po kolei.

Nie pamiętam, jak doszło do tego, że wolę przygotowywać sobie jedzenie sam. Może to jakaś trauma wyniesiona z kolonijnej stołówki, albo niezapomniane śniadanie, które zafundował mi tata, gdy mama była poza domem. Nie wiem, nie pamiętam. Istotne, że w kuchni radzę sobie całkiem nieźle (przynajmniej w tej części na prawo od zlewu). Na tyle dobrze, że odkryłem u siebie ostatnio ciekawą cechę (uwaga, teraz będzie pompatycznie). Słyszeliście o genialnych muzykach, którzy potrafią grać ze słuchu? Wystarczy, że raz usłyszą melodię i potrafią powtórzyć ją bez pomyłki. Partyturę mają w głowie (Beethhoven, który stracił słuch, był najlepszym przykładem). Wyśmienity kucharz, jak każdy artysta, także zna partyturę i wie, co z czym można łączyć, a jakie kombinacje mogą okazać się dla żołądka niestrawne. Co więcej, taki kucharz, potrafi wyobrazić sobie „kulinarną nutę” zanim ją jeszcze zagra. Nie żebym ja tak potrafił, na razie jestem na etapie nie łączenia dżemu z musztardą. Cały czas się uczę, eksperymentuje, szukam. Aczkolwiek zdarzają się przebłyski. W kuchni czuję się po prostu pewnie. Nawet, jeśli zdarzy się wpadka, to jest ona wyjątkiem od reguły. Na wojnie muszą być przecież ofiary.

Jak to się stało, że nauczyłem się gotować? Przecież, nie skończyłem szkoły kulinarnej (chociaż miałem zamiar), nie pracowałem w knajpie (poza jednym popołudniem, kiedy przewracałem naleśniki), mama, która nawiasem mówiąc jest doskonałą kucharką i sporo mi do niej brakuje, nigdy specjalnie mnie nie przyuczała do garów. Więc, jak? Jeśli udało mi się wyszkolić solidne podstawy w sztuce kulinarnej, to może w pisarstwie też jestem w stanie osiągnąć takie rezultaty? Przecież dzięki próbom i praktyce kulinarnej osiągnąłem etap, na którym jestem teraz.

Gdybym wtedy, w wieku ośmiu lat, nie przyrządził sobie pierwszej kanapki, to zjadłbym to, co było na talerzu. Gdybym następnym razem jej nie udoskonalił (tej kanapki), to byłaby tak samo nijaka, jak ta pierwsza – mdła, sucha i w ogóle do bani. Gdybym nie łączył różnych smaków i nie podpatrywał lepszych ode mnie, to stałbym w miejscu – kanapka byłaby już jadalna, ale nic poza tym. Gdybym bazował wyłącznie na gotowych przepisach i nie dodawał nic od siebie, to w życiu nie wyszedłbym poza ograne schematy. Analogia do pisarstwa jest więc oczywista.

Żeby dobrze pisać, trzeba jak najwięcej czytać i… pisać.

Wow, ale odkrywcze! Ostrzegałem, że będzie banał, lecz nie w tym sęk.

Z tej oczywistej prawdy zdawałem sobie sprawę już od dawna, lecz co innego o czymś wiedzieć, a co innego realizować założony plan. Dotarło to do mnie dopiero wczoraj. Dopiero gotowanie pozwoliło mi w pełni uświadomić sobie ową trywialną prawdę. Wiwat owocowa sałatka!

Zainteresowanym podaję kulinarną receptę na sukces.

„Banał na zimno”

Aby w życiu opanować jakieś umiejętności ( w tym przypadku warsztat pisarski), trzeba:
1. Po pierwsze, tego chcieć - pisanie musi sprawiać przyjemność, tak jak ma to miejsce w przypadku gotowania;
2. Po drugie, nie poddawać się i nie zniechęcać pierwszymi niepowodzeniami;
3. Po trzecie, uczyć się od mistrzów - smakować jak najwięcej literackich specjałów;
4. Po czwarte, ćwiczyć, ćwiczyć i ćwiczyć - łączyć słowa we frazy i zdania, tak, aby upichcić jadalną, a w przyszłości,smakowitą potrawę.

PS.
Ową błyskotliwą myśl zawdzięczam przystawce owocowej, której przygotowanie wymaga podjęcia następujących czynności:
1. Pokrój melona, jabłko i banana, w kosteczkę.
2. Polej owoce schłodzonym jogurtem naturalnym, prosto z lodówki
3. Posyp rodzynkami i wiórkami kokosowymi.
4.Delektuj się smakiem. Jammmi...

niedziela, 17 maja 2009

Filmowe klisze

Jeśli planujecie napisać scenariusz filmowy, który wpasuje się w hollywoodzkie standardy, to nie zaglądajcie na tę stronę: www.moviecliches.com
Jeśli natomiast chcecie napisać coś oryginalnego, to szczerze polecam.

Ja chyba zostanę stałym gościem tej strony.

niedziela, 10 maja 2009

Przeminęło z bombami

Tak jak myślałem. Artykuł o światach post apokaliptycznych, o którym wspominałem w ostatnim poście, wymaga "odkurzenia" przed prezentacją. Długie to, momentami przegadane no i ten styl...

Mam nadzieję, że od tego czasu poprawiłem trochę warsztat.

Przeglądając wspomniany artykuł natknąłem się na taki fragment:

W posępnej i szarej wizji apokalipsy jest również miejsce na śmiech i czarny humor, co udowadnia prezentowana w sieci seria krótkich komiksów pod tytułem Gone with the blastwave. Komiks pokazuje zniszczony świat przyszłości, targany wieczną wojną, rozgrywającą się pomiędzy trzema frakcjami –żółtych, niebieskich i czerwonych. Seria w zabawny sposób, pokazuje bezsens wojny oraz rozterki ludzi, którzy nie pamiętają już przyczyn wybuchu wojny, a w walce nie odnajdują najmniejszego sensu. Szczerze polecam ten komiks, pomimo (wydawałoby się) błahej formuły jest bardzo ciekawy.

Nic się nie zmieniło, komiks ciągle wart jest poznania. Znajdziecie go tutaj: www.blastwavecomic.com/

piątek, 8 maja 2009

Poligon

Drugi z komiksów popełnionych z Motsem.

Historia nazywa się "Poligon" i wysmażyliśmy ją na potrzeby magazynu internetowego Pandora. Jeśli dobrze pamiętam numer, w którym ukazała się historia poświęcony był światom postnukleranym. Tak, zgadza się. Do numeru napisałem jeszcze artykuł na temat komiksów poruszających tego typu tematykę. Jeśli odnajdę owo, wątpliwe stylistycznie dzieło, to podrzucę je na bloga.

























Rysunki: Mots
Script: Ja

Wiem, wiem... dialogi do poprawki :)

Żebrak

Dziś trochę archiwaliów.

Jakieś trzy lata temu nawiązałem współpracę z rysownikiem o ksywce Mots. Poniżej znajdziecie jedną z dwóch historii, jakie udało się nam stworzyć na początku naszej znajomości. Od tego czasu styl Motsa troszkę ewoluował, o czym możecie przekonać się zaglądając na mushroom-mots.blogspot.com

Nasza współpraca szybko się urwała. W przyrodzie jednak nic nie ginie. Właśnie odświeżyliśmy znajomość, kto wie, może znowu popełnimy jakąś planszę razem.

Fabułka nazywa się "Żebrak" i była pomyślana jako jedna z wielu (historyjki miały stworzyć cykl kilku planszowych komiksów o tematyce społecznej). Celem było pokazanie życia zwykłych ludzi zmagających się z problemami codzienności. Miał to być, swego rodzaju, niemy komentarz realiów, w których przyszło nam żyć.

Pomysłów miałem sporo. W formie scenariuszowej zapisałem dwa... Narysowany został jeden... Może czas wrócić do tej idei i poszukać rysownika...











Rysunki: Mots
Script: Ja

środa, 29 kwietnia 2009

O tym, jak zostałem śmieciarzem i dlaczego się tego nie wstydzę

Zazwyczaj traktujemy grzebiących w śmietnikach z pogardą. Obrzucamy epitetami: nurek, brudas, kolekcjoner, śmietnikowy dziad. Ale taki ich „zawód”, ktoś musi robić ten job. Zresztą, jeśli spojrzeć na to, co ludzie wyrzucają na śmieci, to takie zajęcie musi być całkiem dochodowe. Czasami na śmietniku lądują przecież całkiem ciekawe, i co ważne, niezniszczone przedmioty (nie żebym regularnie nurkował bez akwalungu, ale fakt jest faktem). Czego tam nie ma: stare zastawy stołowe, podarowany obraz, który nie przypadł do gustu, charczący radiomagnetofon, kilogram drutu, meblościanka pamiętająca zapisy na meble, stosy ubrań: za ciasnych, za pstrokatych, za bardzo ponaciąganych – do koloru, do wyboru.

W przeważającej mierze przedmioty te są całkiem sprawne, nie ma najmniejszego powodu żeby je wyrzucać. Pozbycie się ich jest zazwyczaj wynikiem znudzenia się nimi, ich zużycia kulturowo-duchowego. Bożek konsumpcjonizmu ciągle kłapie przecież zębami i domaga się nowych ofiar. Mody się zmieniają, to, co kilka lat temu było na topie, dziś może być przyczyną kulturowego ostracyzmu. Dlatego zalecam ostrożność. Lepiej uważnie przejrzyjcie swoje szafy w poszukiwaniu kulturowych artefaktów, a nuż, widelec, łyżka, znajdziecie przedmiot, który wygrzebałem ostatnio ze śmietnika – książkę.

Czym wyjaśnić wyrzucanie książek na śmietnik? Rozumiem, że dla niektórych książka to balast, zapomniana dekoracja, z której trzeba ścierać kurze przy nadchodzących świętach, obiekt nienawiści, kojarzący się ze szkolnymi czasami - oblanymi klasówkami i cięgami zbieranymi od tatusia za powtarzany rok. Ja też nie przepadałem za lekturami szkolnymi, ale do cholery, trochę się chyba „Ten” Żeromski i Iwaszkiewicz przysłużyli polskiej kulturze. Coś tam wartościowego nabazgrolili. Nie trzeba od razu kopać ich w twardą oprawę i wyrzucać z furkotem na śmietnik. Przecież istnieją (póki co) antykwariaty, biblioteki, instytucje społeczne, i znudzony telewizją obywatel, któremu nie pozostało nic innego jak czytanie. Czy tak trudno odnaleźć takiego człowieka, takie przytulne miejsce i podrzucić owe kukułcze jajo? Przecież każdy od czasu do czasu ukulturalnia się w centrach handlowych. Można wziąć ze sobą zbyteczne książki i w drodze na zakupy zostawić je w publicznym miejscu. Na pewno znajdą tam nowego właściciela. Przecież to cholerne przestępstwo przeciwko kulturze wrzucać do jednego wora obierki z ziemniaków, wysmarkaną chusteczkę i polską literaturę! Założę się, że Ci, którzy tak czynią należą do tej samej grupy, dla której ulubioną rozrywką jest wyrzucenie wora śmieci w samym środku lasu. Fakt, spakowanie książek do reklamówki i oddanie ich w słusznym celu wymaga o wiele większego poświęcenia. Trzeba mieć coś, czego tego typu ludziom zdecydowanie brakuje - odwagę. Nie daj Boże, kiedy będą zmierzać z reklamówką wypełnioną książkami do biblioteki, spotkają ich koledzy spod bloku i cała reputacja legnie w gruzach: patrzcie, on czyta książki, nie mogę, HAHAHAHAH!!! To dopiero społeczna porażka!

Aby ustrzec się przed literacką klątwą, rzuconą zza grobu, przez któregoś z wcześniej wymienionych wieszczów, zostałem śmieciarzem. Nie zastanawiałem się długo. Zanurkowałem. Uratowałem kilka ciekawych pozycji od moczu śmietnikowych kocurów. Wdzięczne książki moszczą sobie teraz miejsce na moim regaliku. Już nikt ich nie skrzywdzi.

PS. POMYSŁ
Taki „śmietnikowy motyw” to idealny wstęp dla jakieś kryminalnej albo fantastycznej fabuły. O, albo jeszcze lepiej, dla antologii opowiadań z dreszczykiem, z których każde zaczyna się od znalezienia na śmietniku jakiegoś przedmiotu. Może z tego powstać kilka ciekawych historii.

Jak się okazuje wyrzucanie śmieci może być całkiem inspirującą czynnością...

piątek, 10 kwietnia 2009

HIST(E)RIE BIBLIOTECZNE

HISTORIA NR.1
Wnętrze. Biblioteka w małym miasteczku na południu Anglii. Do biurka bibliotekarza podchodzi młody mężczyzna, wyciąga biblioteczną kartę i zadaje pytanie (wyraźny wschodnioeuropejski akcent).

MĘŻCZYZNA: Dzień dobry. Chciałbym sprawdzić czy ta karta jest ciągle aktualna.
BIBLIOTEKARZ: Dzień dobry. Już sprawdzam.
Bibliotekarz przepuszcza kartę przez skaner.
BIBLIOTEKARZ: Tak, wszystko w porządku, karta jest aktywna. Czy adres jest aktualny?
Chłopak spogląda na ekran monitora, waha się.
MĘŻCZYZNA: Eee… nie. To mój stary adres, aktualnie mieszkam w Polsce. Odwiedzam znajomych, chciałbym wypożyczyć coś na czas pobytu, mam nadzieję, że to nie problem.
BIBLIOTEKARZ: Nie, nie ma żadnego problemu. Proszę tylko zwrócić książki.
MĘŻCZYZNA: Oczywiście. Tak przy okazji, ile mogę wypożyczyć pozycji?
BIBLIOTEKARZ: Dwadzieścia.
Mężczyzna uśmiecha się od ucha do ucha i rusza w kierunku półek wypełnionych książkami. Przechodzi obok kilku regałów i skręca do działu oznaczonego tabliczką „GRAPHIC NOVELS”. Podchodzi do obrotowego stojaka wypełnionego komiksami. Wybiera pierwszą pozycję z brzegu i z wypiekami na twarzy zaczyna kartkować książkę.

HISTORIA NR.2
Wnętrze. Biblioteka na południu Polski. Dwóch młodych mężczyzn prowadzi rozmowę (jeden z nich ma zagraniczny akcent). Zbliżają się do biurka bibliotekarki.

MĘŻCZYZNA (szepcze): Jak będzie pytała o adres, to powiedz, że aktualny, inaczej nic nie wypożyczysz.
OBCOKRAJOWIEC: Wołałbym powiedzieć prawdę…
MĘŻCZYZNA: No jak tam chcesz, ale jak się przyznasz…
W ty momencie dochodzą do biurka bibliotekarki.
BIBLIOTEKARKA: Słucham?
OBCOKRAJOWIEC: Eee…chciałbym sprawdzić czy ta karta jest ciągle aktualna.
Bibliotekarka skanuje kartę.
BIBLIOTEKARKA: Tak, jest aktywna. Pan mieszka pod tym adresem?
OBCOKRAJOWIEC: Już nie, wróciłem do rodzinnego kraju. Odwiedzam znajomych.
BIBLIOTEKARKA: W takim razie bardzo mi przykro, ale nie może Pan nic wypożyczyć.
Wyraz zdziwienia na twarzy obcokrajowca.
OBCOKRAJOWIEC: Ale…
Mężczyzna mruga porozumiewawczo do obcokrajowca i wysuwa się przed niego.
MĘŻCZYZNA: No trudno. Jak mus to mus. Może ja coś wypożyczę dla siebie.
Bibliotekarka skanuje kartę Polaka. Potakuje, że wszystko w porządku. Mężczyźni ruszają w kierunku półek z książkami. Gdy odeszli już kilka kroków od biurka bibliotekarki, podejmują rozmowę.
OBCOKRAJOWIEC: Dzięki, że weźmiesz książki na siebie. Ile pozycji mogę wypożyczyć?
MĘŻCZYZNA: Cztery.
OBCOKRAJOWIEC: Co! Tak mało?
MĘŻCZYZNA: W sumie jestem jeszcze zapisany na żonę i brata. Razem będzie dwanaście.
OBCOKRAJOWIEC: Nie, nie chcę sprawiać kłopotu. Zresztą i tak nie mam wiele czasu. W takim razie wypożyczę, jakieś komiksy.
MĘŻCZYZNA: Chyba żartujesz!
OBCOKRAJOWIEC: Dlaczego? Ja lubię komiksy i wcale nie uważam, że są wyłącznie dla dzie…
MĘŻCZYZNA: Nie. Ja nie o tym. Po prostu tu nie ma komiksów.
OBCOKRAJOWIEC: Jak to nie ma? Przecież nie wypożyczyli wszystkich na raz.
MĘŻCZYZNA: Po prostu nie ma takich rzeczy w bibliotece.
OBCOKRAJOWIEC: A w tym większym mieście, w którym pracujesz?
MĘŻCZYZNA: Też nie ma.
OBCOKRAJOWIEC: Co? Mam rozumieć, że w 200 tysięcznym mieście nie ma ani jednego komiksu w bibliotece?
MĘŻCZYZNA: Aha.
OBCOKRAJOWIEC: To może chociaż, jakieś książki z teorii komiksu?
MĘŻCZYZNA: Też nic. Możemy spróbować w Bibliotece Śląskiej, powinno coś być…

PS.
Historie oparte na prawdziwych doświadczeniach (no może, poza obcokrajowcem, z historii nr. 2, ale za pewne tak by się to odbyło). Zdarzenie ze sceny nr. 1 miało miejsce niespełna trzy tygodnie temu podczas mojego pobytu w Anglii. W sumie, wypożyczyłem wówczas (zaledwie!) jedenaście pozycji. I chociaż naprawdę było w czym wybierać, to na więcej nie znalazłem po prostu czasu (miałem zaledwie dziesięć dni). Pomimo tak krótkiego czasu, pod względem „komiksowo – zakupowym” wypad był całkiem udany. Ale o tym następnym razem.

Aha, jeśli dobrze pamiętam, w Bibliotece Śląskiej faktycznie były jakieś pozycje z teorii komiksu… bodajże pięć czy sześć. Mniej więcej tyle, co w opisywanej przeze mnie angielskiej bibliotece. (Dla tych, którzy się nie orientują - BŚ posiada największy księgozbiór na Śląsku…).

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

...TRES

Jeszcze w podstawówce, zaczytywałem się w książkach Dänikena. Potem zacząłem jeździć regularnie na wykopy archeologiczne i mi przeszło...

Scenariusz, który prezentuję poniżej, opiera się luźno na poglądach "nawiedzonego" Szwajcara.

PS.
Ciekawe, że Erich nie napisał jeszcze książki o kontaktach polskich polityków z UFO...


MAŁPOLUD

PANEL 1
Gwiaździste niebo.

PANEL 2
Na dużym kamieniu siedzi w kuckach małpolud płci męskiej. Rękę trzyma podpartą na brodzie (jakby myślał). Promienie księżyca lekko oświetlają jego postać. Małpolud wpatruje się w niebo. Widzimy go z oddali wraz z najbliższym otoczeniem.

PANEL 3
Zbliżenie na małpoluda. Widzimy tylko jego postać, z przodu, ciągle w tej samej zastygłej postawie.

PANEL 4
Twarz małpoluda z przodu – zamyślony wyraz twarzy. W oczach odbijają się gwiazdy. Dłubie w nosie.

PANEL 5
Rzut z dalsza – małpolud przypatruje się temu, co wydłubał. Na palcu maźglaty glut.
MAŁPOLUD: Ekh

PANEL 6
Zbliżenie. Małpolud strzepuje gluta z palca.

PANEL 7
Widok najbliższej okolicy. Wejście do małej jaskini, przy której rośnie sporych rozmiarów drzewo. Małpolud wstaje z kamienia. Na drzewie, pomiędzy liśćmi, porusza się jakiś przedmiot, który wydaje dźwięk.

SFX (cicho -mała czcionka) : ZZZZ

PANEL 8
Widzimy małpoluda od tyłu. Lekko przygarbiony zmierza w kierunku ciemnego wejścia do jaskini. Ręce trzyma splecione z tyłu na plecach – tak jak chodzą stateczni starsi panowie.

PANEL 9
Zbliżenie na liście drzewa, wśród których chowie się nowoczesne urządzenie przypominające kamerę.

PANEL 10
Dzień. Słoneczko przyjemnie grzeje. Przy wejściu do jaskini, na dużym płaskim bloku skalnym siedzą gęsiego trzy małpoludy- samice. Jedna z nich jest w zaawansowanej ciąży. Małpoludy poddają się wzajemnej toalecie (iskają się). Ręce ostatniej samicy wchodzą w następny kadr.

PANEL 11
(Ten panel tworzy kontynuację z poprzednim, obrazek „przesuwa się”). Widzimy wylegującego się (swobodna pozycja) i drzemiącego na słońcu samca. Nad nim czarny punkcik, który okazuje się...

SFX (od strony punkcika, mikroskopijna czcionka): BZZZZZYY

PANEL 12
(Maksymalne zbliżenie) - muchą, która siada na owłosionej kępie włosów małpoluda poniżej pępka.

PANEL 13
Ręka małpoluda strzepuje muchę, muskając przy okazji ukrytą w kępie włosów męskość.

PANEL 14
Zbliżenie na twarz małpoluda. Ożywiony wyraz twarzy – najwyraźniej do głowy przyszedł mu jakiś pomysł.

PANEL 15
Małpolud łapie najbliższą samicę za ramiona i przyciąga ją do siebie.

MAŁPOLUD: Agrrr arghhh

PANEL 16
Następuje szamotanina, podczas której samiec chce dobrać się do kobiecości samicy i atakuje ją od tyłu. Ona wcale nie ma na to ochoty.
MAŁPOLUD: Aaa grr ghraaa
SAMICA: ee ekh nrrr nyy

PANEL 17
Widok z najbliższym otoczeniem. Samiec trzyma samicę za kark i brutalnie z nią kopuluje od tyłu. Na drugim planie widzimy drzewo. Wśród jego liści trzeba narysować kreseczki symbolizujące ruch.
MAŁPOLUD: A..A..A..AAAAAA!!!!
SAMICA 1(mała czcionka): i..i..i..iiiiii!!!
SFX (z liści drzew): ZZZZ

PANEL 18
Zbliżenie na spełnioną twarz samca.

PANEL 19
Zbliżenie na kamerę, pracującą w liściach drzewa. Wokół małej diody narysowane, kreseczki symbolizujące nagrywanie.

PANEL 20
Maksymalne zbliżenie do obiektywu kamery. Kamera jest bardzo nowoczesna i futurystyczna. W jej obiektywie odbija się kopulująca para.

PANEL 21
Duży ekran nowoczesnego telebimu, na którym wyświetlona jest twarz małpoluda w momencie ekstazy. Na pierwszym planie widać ręce kosmity, które obsługują kamerę (coś w stylu konsolety w tv).

PANEL 22
Szerszy plan. Para kosmitów( typowe szaraki z dużymi oczami) siedzi w laboratorium ( za oknem widać ziemskie środowisko).
Kosmita 1 zwraca się do drugiego, jakby coś mówił. Ręką wskazuje na ekran. Drugi kosmita potakuje głową.

PANEL 23
Kula ziemska, zanurzona w bezkresie kosmosu.

PANEL 24
Oddalamy się od planety, która staje się coraz mniejsza.

PANEL 25
Ziemia jest już tylko niewielkim punktem. Niedaleko Ziemi widać mały punkcik - statek kosmiczny.

PANEL 26
Zbliżamy się do statku - staje się coraz większy.

PANEL 27
Statek zajmuje większość kadru.

PANEL 28
Zbliżenie do okna, przez które "zaglądamy" do środka.

PANEL 29
Laboratorium. W środku widać postacie dwóch kosmitów innej rasy (bardziej rozwiniętej od szaraków).

PANEL 30
Na dużym telebimie kosmici podglądają "szaraków", którzy podpatrują małpoludy. Jeden z nich zwraca uwagę swojemu kompanowi na ekran.
KOSMITA 1: !$%$&*! #$%$&^%*&^*&
KOSMITA 2: #$ %%<>#$# ?+)(*$$

czwartek, 12 marca 2009

...DOS

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w nowym numerze "Zeszytów Komiksowych" będziecie mogli przeczytać artykuł mojego autorstwa poświęcony serii "Kajko i Kokosz" (jeśli tylko dopuszczą go do druku: spis 9 numeru ZK). Tematyka artykułu: humor i bajka.

Pozostając w klimatach, chcę opowiedzieć dwie historyjki z krainy bajek. Raczej dla starszych dzieci...

PS. Mam poważne plany co do tego typu historyjek, jeśli więc sprawnie wywijacie piórem, to zapraszam wszystkich rysowników do wspólnego bajania.


PINOKIO

PANEL 1

Centrum ruchliwego miasta. Pinokio klęczy, głowę ma pochyloną w pokorze. Na ziemi jego czapeczka, w której leżą jakieś drobne monety. W rękach trzyma kartkę z napisem „Zbieram na dłuta dla mistrza”. Sprawia wrażenie niedokończonego. Jakby nie do końca wyciosany z pnia drzewa. Jakieś wystające sęki, nieociosana kończyna, może gałąź wychodząca z drewnianego nosa – coś w tym stylu.

PANEL 2

Przechodzący w pędzie ludzie. Ukazanie ruchu wielkiego miasta.

PANEL 3

Jakaś babuleńka nachyla się nad Pinokiem
BABULEŃKA: A gdzie są twoi rodzice chłopczyku?
PINOKIO: Mamusi nie mam, a tata jest artystą…
BABULEŃKA: Oj biedny ty, masz tu banknocik.

PANEL 4

Pinokio powoli zbiera się z miejsca „pracy”.

PANEL 5

Pinokio wchodzi do sklepu monopolowego

PANEL 6

Wychodzi z dwoma siateczkami, pełnymi alkoholu.

PANEL 7

Pinokio wchodzi do mieszkania. W środku balanga na całego. Przy stole siedzi kilku chłopa, walą wódeczkę i grają w karcioszki. Jeden z nich totalnie już odpadł i leży zalany w trupa na stole. Jeden z grających mężczyzn zwraca się do tego zalanego.
KOMPAN 1: Gepetto, synek wrócił!!! Ale fajek chyba nie przyniósł!




CZERWONY KAPTUREK



PANEL 1
Czerwony Kapturek żegna się z babcią, która mieszka w małym domku umiejscowionym w lesie.
KAPTUREK: Do zobaczenia Babciu. Nie czekaj na mnie z kolacją, wrócę późno.
BABCIA: Tylko uważaj na siebie.

PANEL 2

Czerwony Kapturek, rześko i w podskokach przemierza las, podśpiewując i wymachując przykrytym koszyczkiem.
KAPTUREK: La la la la laaaa

PANEL 3
Kapturek Przybywa do sporych rozmiarów domku z drewna. Wygląda na mały tartak. Dookoła odbywa się wycinka. Pnie drzew poukładane na schludnych stosach. Może gdzieniegdzie widać jakiś drwali.

PANEL 4
( Ten kadr można połączyć z 3 lub zrobić oddzielnie jako odrębny kadr. Ważne żeby było dokładnie widać tę planszę)

Nad domkiem lub gdzieś obok stoi tablica reklamowa. Narysowani są na niej, tak gdzieś od pasa w górę, dwaj umięśnieni drwale. Mrugają do nas oczkiem i uśmiechają się w dziwny, filuterny sposób. W jednej ręce, trzymają siekiery, drugą pokazują gest kciukiem –ok. Na tablicy napis: WALIGÓRA I WYRWIDĄB – RŻNIEMY, AŻ WIÓRY LECĄ.

PANEL 5
Kapturek puka do drzwi. Odsuwa się zasuwka i jakaś tajemnicza postać wpuszcza go do środka

PANEL 6
Widzimy Kapturka na jakimś korytarzu. Ubrany jest dalej w swój tradycyjny strój. Wchodzi w drzwi z napisem: „Czerwony Kapturek”. Obok widać jakieś inne drzwi, na nich napisy: „Królewna Śnieżka” i „Kopciuszek”. Wygląda to jakby przebieralnie albo pokoje gwiazd filmowych.

PANEL 7
Kapturek wychodzi z pokoju. Odziany jest jak kobieta wamp. Na głowie dalej swój czerwony kapturek. Reszta stroju też jest zresztą czerwona. Schludny i skromny ubiór zastąpił jednak wyzywający i skąpy strój. W ręku bicz. Ciało bardzo pociągające z wydatnymi elementami kobiecości. Rajstopki i buty na wysokich szpilach.

PANEL 8
Plan filmowy. Kapturek leży w łóżku, po uszy przykryty grubą kołdrą. Widać jedynie jego głowę, na której założony ma swój kapturek. Gdzieś z boku na krześle, z napisem „REŻYSER – Z. Wilk”, siedzi najprawdziwszy wilk, odziany jak normalny mężczyzna i wykrzykuje rozkazy przez tubę. Na drugim planie widać także gajowego, odzianego jak prawdziwy leśnik z dwururką przewieszoną przez ramię.
WILK: Gajowy proszę przeczyścić dwururkę! Wizażystka, proszę poprawić make-up Kapturkowi!!! Kręcimy, kręcimy!!!!



Na początek starczy tego bajania. Wasz Koszałek.